poniedziałek, 17 listopada 2014

Zupa z ciecierzycy



Lubię jesień. Naprawdę. Nie przeszkadza mi zimno, bo przecież mogę się ubrać, a upałów nie znoszę. Nie przeszkadza mi deszcz i ciemność, może z wyjątkiem powrotów z pracy w deszczu i ciemnościach właśnie. Coraz lepiej radzę sobie z urodzinami (a przynajmniej się staram), które zdecydowanie nie są taką atrakcją jak w dzieciństwie. I w ogóle wszystko jest dobrze, dopóki nie spadnie śnieg.

Niemniej są takie poniedziałki jak dziś, gdy ranek jest kompletnie nie do zniesienia i trzeba mocno się spinać, żeby jak co dzień wstać i wyprawić się do pracy, a co niektórych do szkoły. Nie wiem, jak wyglądał Wasz nastrój minionego poranka, ale ja odliczałam minuty do piątku.

Wtręt pogodowy jest zupełnie od czapy (chociaż nie powiem, dzisiejsze danie bardzo dobrze pasuje do tego co za oknem), lecz skoro publikuję post w listopadzie, to mam wewnętrzny przymus wypowiedzi na temat aury. Lub stanu dróg, ale ponieważ śnieg jeszcze nie spadł, więc stan dróg nie jest tak wdzięcznym tematem.

Przejdę wreszcie do rzeczy (napisałabym ad rem, ale nie chce mi się udawać, że mam choć blade pojęcie o łacinie) i podam przepis na zupę z ciecierzycy Jamiego Olivera. Kto nie zna Jamiego, ręka do góry! Cisza? Tak myślałam. Bardzo go lubię, chociaż wcale nie przyrządzam zbyt często potraw z książek kucharskich jego autorstwa. Za to pasjami uwielbiam je przeglądać, ze szczególnym uwzględnieniem fotografii. Książki Jamiego opowiadają historie, tylko bardziej apetyczne niż w przypadku zwykłej prozy.

Dzisiaj „Włoska wyprawa Jamiego” i „Pasta e ceci”, czyli makaron z ciecierzycą, który naturalnie zrobiłam zupełnie inaczej (składniki podaję bez zmian). Po zastanowieniu się uznałam wręcz, że moje danie jedynie z powodu ciecierzycy przypomina danie Jamiego, ale tak to już bywa przy gotowaniu.

Anka


Składniki:

  • 1 mała cebula drobno obrana i posiekana
  • 1 łodyga selera naciowego drobno posiekana
  • 1 ząbek czosnku, obrany i drobno posiekany
  • oliwa z pierwszego tłoczenia
  • igiełki oberwane z 1 świeżej gałązki rozmarynu, drobno posiekane
  • 2 puszki ciecierzycy
  • 500 ml bulionu z kurczaka
  • 100 g drobnego włoskiego makaronu do zup (np. ditalini)
  • sól i pieprz
  • świeża bazylia lub natka pietruszki
Sposób przygotowania:

Cebulkę lekko podsmażam na oliwie, dodaję czosnek i seler oraz rozmaryn. A przynajmniej tak stoi w przepisie, ale ja nie mam zaufania do selera naciowego, więc dałam niewielką pietruszkę (można też marcheweczkę). A gałązkę rozmarynku wrzuciłabym całą i przed miksowaniem wyciepała do kosza, przyznam się jednak, że akurat nie miałam rozmarynu w domu. Przykrywam warzywa i podduszam przez kilkanaście minut.

Następnie odcedzam ciecierzycę, przelewam zimną wodą i razem z bulionem dodaję do gara. Zgodnie z przepisem gotuję pół godziny, a potem łyżką cedzakową wyjmuję połowę ciecierzycy i odkładam do miseczki.

Miksuję zupę, dodaję z powrotem ciecierzycę, wsypuję makaron, doprawiam solą i pieprzem i gotuję, aż makaron będzie miękki.

Jamie napisał, by jeśli zupa wyjdzie zbyt gęsta, dodać trochę wrzątku. Oczywiście, że nie dodawałam, bo uwielbiam takie gęste zupy. Najlepiej z grzankami, w dodatku wtedy nie trzeba czekać, aż się makaron ugotuje. Można jeszcze polać oliwą i posypać świeżą bazylią lub natką.
 

niedziela, 12 października 2014

Kokosowe curry Carri



Nie ma to jak curry na jesień. Będzie aromatycznie, warzywnie i pysznie.

Zastanawiałam się, czy w ogóle mogę powiedzieć, że zrobiłam curry według przepisu z książki Chris i Carolyn Caldicott „Smaki świata”. Nie miałam bowiem wszystkich składników i nawet nie starałam się zrobić własnej mieszanki przypraw (uznałam, że listki curry, czyli liście krzewu Murraja Koeniga są poza moim zasięgiem, może się mylę, w razie czego mnie oświećcie). Curry ma jednak tę właściwość, że niczym do poczciwego gulaszu, można do niego wrzucać różne różności lub zapominać o innych. Poza tym jest sezon na dynie, marcheweczki też są pyszne i spodobało mi się dorzucenie kapusty pekińskiej (mimo że generalnie nie przepadam).

W ogóle wprowadziłam sporo zmian, na przykład na pewno nie dałam 125 g masła. Co prawda należę do orędowniczek opinii, że z masłem wszystko jest lepsze oraz: im więcej masła tym lepiej, ale zdrowy rozsądek i waga mówią mi, by nie dodawać ponad połowy kostki do gara warzyw. Szczególnie jeśli za chwilę wleję tam puszkę mleczka kokosowego.

Bardzo polecam.

Przepis podaję w oryginalnym brzmieniu, w nawiasie moje zmiany. A książka? Zawsze warto poczytać o inspiracjach właścicieli londyńskiej restauracji. Świetna pozycja dla tych, co wolą bez mięsa. W dodatku mimo, że książka traktuje o potrawach często dla nas zupełnie egzotycznych, to większość składników można już spokojnie dostać w Polsce, a autorzy nie silą się na oryginalność, tylko starają się wybrać to, co w kuchni danego kraju najlepsze. Plus dużo ładnych zdjęć i ciekawe (krótkie) opowieści.

Anka


Składniki:

  • 125 g masła (dałam mniej)
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego (olej z pestek winogron)
  • 2 duże cebule pokrojone w kostkę (dałam 1, ale naprawdę więlką)
  • 5 ząbków czosnku, zmiażdżonych i posiekanych
  • kostka imbiru, starta na tarce
  • 4 marchewki pokrojone w kostkę
  • 2 średnie słodkie ziemniaki  pokrojone w kostkę (nie miałam)
  • 1 dynia piżmowa pokrojona w kostkę
  • 400 g kapusty pekińskiej, poszatkowanej w paski
  • duża garść zielonej pietruszki, drobno posiekanej
  • mała garść świeżego tymianku
  • 400 ml mleczka kokosowego
  • sól i pieprz

na mieszankę curry:

  • 10 listków curry (liście krzewu Murraja Koeniga)
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • ½ łyżeczki sproszkowanego chili
  • 1 łyżeczka mielonego ziela angielskiego
  • ¼ łyżeczki pieprzu cayenne
  • 1 łyżeczka mielonego czarnego pieprzu
  • 1 łyżeczka mielonej kurkumy


Sposób przygotowania:

Jak widać lista składników jest imponująca, ale musiałam dokonać cięć, szczególnie jeśli chodzi o liście curry, bo przyznaję, że nawet nie chciało mi się ich szukać. Przyznam się Wam, że wzięłam gotową mieszankę curry (w której niestety nie ma curry), dokładnie przeczytałam skład i dodałam jeszcze kilka przypraw z listy podanej w przepisie.

Zaczynamy. 

Wszystkie warzywa doprowadzam do stanu opisanego w liście składników.

Na patelni rozpuszczam masło z olejem. Wrzucam cebulę, lekko solę, smażę aż zmięknie, ale nie czekam na zmianę koloru. Dodaję czosnek i imbir oraz przyprawy (czyli pieprz oraz curry).

Potem na patelni lądują słodkie ziemniaki, marchew oraz dynia. Mieszam i wlewam tyle wody, żeby przykryły warzywa. W tym momencie okazuje się zazwyczaj, że moja patelnia jest za mała i przekładam wszystko do gara (chyba, że od razu smażę w garnku).

Przykrywam i gotuję na małym ogniu, aż warzywa zaczną mięknąć.

Dodaję kapustę pekińską, natkę i tymianek, gotuję jeszcze około 10 minut. Sprawdzam, czy nie trzeba doprawić. Na koniec dodaję mleko kokosowe i już nie zagotowuję, ale za to może przyda się odrobina soli.

Autorzy proponują by podać z ryżem, co popieram, oraz ze smażonymi na oleju plastrami platanów, co pewnie też bym poparła, gdybym tylko mogła gdzieś kupić platany.

sobota, 4 października 2014

Pierogi z dynią i orzechami włoskimi



Myślę, że jeśli ktokolwiek interesuje się chociaż trochę jedzeniem i przegląda książki kucharskie, to z pewnością spotkał się z przepisami i opowieściami Hanny Szymanderskiej.  Przez ostatnie lata w mojej biblioteczce pojawiło się całkiem sporo lektur tej autorki i należą do kategorii „do poczytania dla przyjemności”. Nie sposób bowiem nie cenić wszechstronnej wiedzy, erudycji oraz gawędziarskiego stylu Hanny Szymanderskiej. Jedną z moich ulubionych pozycji są „Dania z anegdotą”, ale ponieważ od tygodni mam ochotę na pierogi, więc czym prędzej zdjęłam z półki „Pierogi świata” i przyrządziłam przepyszne czudu nadziewane dynią i orzechami. A może niezupełnie czudu, bowiem w kuchni dagestańskiej takim mianem określa się małe pierogi, a moje były całkiem spore. No i przepis mówił, żeby je upiec, a ja gotowałam.

Właśnie dzięki książkom Pani Hanny mogłam po raz pierwszy w życiu spotkać się z takimi określeniami jak czudu, olibach czy kurdiuk. Poznać historię powstania słynnego deseru Pavlova lub poczytać o obyczajach wigilijnych. 

Z pewnością jeszcze nie raz wrócę do Jej książek. Naprawdę przykro, że kolejnych już nie będzie.

Anka

Składniki:

ciasto:

  • 400 g mąki pszennej
  • sól
  • ok. 200 ml ciepłej wody
  • 1 żółtko
  • 1-2 łyżki stopionego i przestudzonego masła

farsz:

  • ok. 500 g miąższu z dyni
  • 1 duża cebula
  • sól, pieprz
  • mielony kumin
  • łyżeczka soku z cytryny (zapomniałam)
  • 2-3 łyżki posiekanych orzechów włoskich


Sposób przygotowania:

W oryginale przepis nie zawierał żółtka i masła, lecz 1-2 łyżki oliwy, jednak zdecydowałam, że do tych pierogów bardziej będzie mi pasowała delikatniejsza wersja ciasta.

Mąkę przesiewam, mieszam z solą. Dodaję wodę, potem żółtko i masło, wyrabiam dość miękkie ciasto (może trzeba będzie jeszcze dodać łyżkę czy dwie wody). Wkładam do miski, przykrywam i odstawiam na co najmniej kwadrans, aby odpoczęło.

Teraz farsz. Cebulę drobniutko kroję, dynię ścieram na grubej tarce. Podsmażam cebulę, ale uważam, by jej nie przypalić. Dodaję sól, pieprz, kumin, smażę mieszając i gdy się ładnie zeszkli wrzucam na patelnię startą dynię. Wszystko jeszcze smażę kilka minut, na koniec dodaję posiekane orzechy i odstawiam do przestudzenia.

Ciasto dzielę na części i wałkuję na cienkie płaty. Wykrawam kółka, na środku układam farsz, zlepiam pierogi (to zdecydowanie najgorszy dla mnie moment, ale domowe pierogi nie muszą być piękne, ważne, by ciasto było delikatne i mięciutkie, a farsz wyrazisty).

W dużym garnku gotuję osoloną wodę. Wrzucam partiami pierogi i gotuję (zazwyczaj, żeby sprawdzić, czy już są dobre, po prostu wyjmuję jednego pieroga z gara i przekrawam widelcem). W przepisie pierogi należało ułożyć na wysmarowanej masłem blasze, ponakłuwać widelcem i piec 30-35 minut.

Podawałam ze stopionym masłem, ale równie dobre byłyby ze śmietaną. Następnym razem do farszu dodam chili, orzechów użyję bardzo oszczędnie, a podam ze śmietaną i świeżą kolendrą.





niedziela, 28 września 2014

Muffiny z gruszkami



Na szczęście pogoda nie zachęca jeszcze do wielogodzinnego stania przy garach, więc nadal gotuję na leniwca (leczo to się właściwie samo robi, a szarlotka to też żadna filozofia). Dlatego sięgnęłam po zakurzoną książkę „Muffiny”, której pochodzenie ginie w mrokach dziejów (a raczej: mojej pamięci). Książka wygląda tak:




Sama książka nie wzbudza we mnie szczególnych zachwytów, to raczej przegląd dodatków, które można dorzucić do muffinek. Przepis, z którego korzystałam jest wielokrotnie powielony, zmieniają się tylko dodatki: banany, gruszki, jabłka. Przyznam jednak, że jeśli ma się już na wyposażeniu blaszkę do muffinek, to właśnie takie książki przydają się w kuchni, jeśli oczywiście nie szuka się przepisów w internecie. Pomysłów jest bowiem sporo: muffiny na przyjęcia, z alkoholem, czy na słono, a do tego  bajgle i donaty.

Podsumowując: nic rewelacyjnego, ale kiedy nie wiadomo na co się ma ochotę, a nie chce się człowiek narobić, to może się przydać.  



A wracając do upieczonych przeze mnie muffinek z gruszkami: wyszły mięciutkie, wilgotne i naprawdę pyszne. No i o tej porze roku po prostu trzeba zrobić coś z gruszkami.


Anka

Składniki:

  • 250 g gruszek (wzięłam 2 nieduże gruszki)
  • 2 łyżki soku cytrynowego (pominęłam)
  • 250 g mąki
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (wzięłam 1 dość czubatą)
  • ½ łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1 jajko
  • 125 g cukru (wzięłam najwyżej 100 g)
  • cukier waniliowy lub ekstrakt waniliowy
  • 80 ml oleju
  • 250 g jogurtu naturalnego

Sposób przygotowania:

Rozgrzewam piekarnik do 180 stopni. Formę do muffinek wykładam papilotkami (wyszło około 15 sztuk, więc wzięłam jeszcze pojedyncze foremki silikonowe).

Przesiewam mąkę, mieszam z proszkiem do pieczenia, sodą, cukrem waniliowym i cukrem.
Jajko roztrzepuję z olejem i jogurtem.
Łopatką mieszam suche i mokre składniki.
Gruszki obieram, wycinam gniazdo nasienne, kroję w niewielką kostkę. W przepisie radzono, by skropić sokiem z cytryny, ale ja sobie odpuściłam i dodałam owoce do masy zanim zdążyły zmienić kolor.
Piekę 25-30 minut. Studzę na kratce.

Można dosypać też szczyptę cynamonu, a biały cukier zastąpić brązowym.
Related Posts with Thumbnails
/*Google anatytics */