Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia bułgarska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuchnia bułgarska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 lipca 2010

Sałatka szopska

Podobno nie powinno się łączyć świeżych ogórków z pomidorami, bo zawarty w ogórkach enzym askorbinowy niszczy witaminę C w pomidorach.
Na szczęście ten, kto wymyślił kiedyś sałatkę szopską nie miał pojęcia o chemii, więc dzisiaj mogę Wam zaserwować kolejne danie pochodzące z Bułgarii (kto jak kto, ale oni też wiedzą co to znaczą upały!).

Sałatka szopska jest prosta, pewnie wiele osób przygotowuje ją nie mając pojęcia, że to danie ma jakąkolwiek nazwę.

W oryginale dodaje się bułgarski ser owczy, ale przecież z fetą też jest smaczna.

I już nic nie piszę, bo ten upał jest morderczy.



Składniki:

1 cebula (użyłam czerwonej)
3-4 pomidory
2 czerwone papryki
1 ogórek sałatkowy
150 g sera feta
sól, pieprz
1 łyżka octu balsamicznego
3 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

[Listonic]

Sposób przygotowania:

Cebulę obieram, kroję w cienkie półtalarki. Wkładam do miski i zasypuję solą.
Pomidory kroję w półplasterki, ogórek w kostkę. Papryki kroję na pół, wyjmuję gniazda nasienne, dzielę jeszcze raz na pół i każdą ćwiartkę kroję w paski. Aha, wszystko myję, oczywiście.

Wszystkie warzywa doprawiam odrobiną soli i pieprzem, lekko mieszam. Polewam octem i oliwą, znowu mieszam.

Po wierzchu posypuję pokrojonym w kostkę serem feta. Można posypać posiekaną natką pietruszki, a niektórzy dodają też czarne oliwki.

niedziela, 11 lipca 2010

Tarator

Bułgarzy na swój jogurt mówią „kiselo mljako” (jakkolwiek to się zapisuje). Niestety nie było mi dane próbować oryginału, ale podobno jest przepyszny i nie do podrobienia. Ale przecież taki szczegół nie powstrzyma mnie przed przygotowaniem taratora – chluby bułgarskiej kuchni. Jak się za chwilę okaże, tarator cieszy się dobrą sławą całkowicie zasłużenie, podobnie zresztą jak podobne dania: greckie tzatziki i turecki cacik.

Należy przy tym jasno powiedzieć, że wcale nie przepadam za jogurtami. Co innego jednak sztucznie słodzony jogurt, a co innego pyszny chłodnik z ogórkami, koperkiem i z dodatkiem orzechów.

Wybór nabiału właściwie powinnam pozostawić Szanownym Czytelnikom, ale przyznam szczerze, że połączenie jogurtu bałkańskiego firmy Maluta (teraz będzie reklama, ale nikt mi za nią nie płaci – Maluta robi m.in. doskonałe mleko ukwaszone) ze zsiadłym mlekiem (tak, tak, takie rzeczy też można dostać w markecie) wydaje mi się doskonałym połączeniem. Ale oczywiście można mieszać dowolny jogurt naturalny ze śmietaną, jak podają niektóre przepisy lub z maślanką. Co kto lubi.

Czego byście jednak nie wybrali, podczas najbliższych dni taka potrawa przyda się jak znalazł. W upały najlepiej smakują rzeczy prosto z lodówki :)

Przepis bierze udział w akcji II Letni Festiwal Zupy.




Składniki:

ok. 400 g ogórków (użyłam gruntowych, moim zdaniem są o wiele smaczniejsze)
340 g (1 opakowanie) jogurtu bałkańskiego
1-1,5 szklanki zsiadłego mleka
2 ząbki czosnku
sól, pieprz
pęczek koperku i szczypioru
50 g orzechów włoskich
1-2 łyżki oliwy

[Listonic]

Sposób przygotowania:

Ogórki obieram, drobno kroję, posypuję solą i odstawiam na około 10 minut.

Czosnek rozcieram w moździerzu z solą. Można go tej oczywiście przecisnąć przez praskę lub bardzo drobno posiekać.

Koperek drobno siekam.

Orzechy prażę na suchej patelni.

Mieszam jogurt, zsiadłe mleko, czosnek i koperek, dodaję do ogórków. Doprawiam solą i pieprzem. Posypuję posiekanym szczypiorem i orzechami. Orzechy można drobno utłuc i wmieszać do chłodnika, podobnie można dodać szczypiorek, ale ja wolę wersję tylko dekorowaną z wierzchu tymi dwoma dodatkami.

Na koniec nie zaszkodzi skropić po wierzchu oliwą, z czego zrezygnowałam. W oryginale używa się chyba oleju z orzechów włoskich, ale tak się składa nie ma go w mojej kuchennej szafce ;)

Smacznego chłodnego!

środa, 24 marca 2010

Kebabczeta

Najbardziej lubię zaczynać od dygresji.
Otóż niedawno kupiłam książkę z powodu okładki. Nie zdarza mi się to szczególnie często, ale po prostu nie mogłam przejść obojętnie obok tego wytatuowanego macho z ratlerkami na smyczy. Zresztą sami popatrzcie.



Książka przeczytałam, ale nie będę się tu zajmowała jej recenzowaniem, przecież Chochelki to blog kulinarny. Powiem tylko, że jest napisana przez Bułgara i opowiada o dwóch braciach, którzy z Bułgarii przyjechali do Stanów Zjednoczonych.

Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na wątki kulinarne. Otóż w książce dość często przewija się nazwa „kebabczeta”. Jeden z bohaterów narzeka nawet, że nigdy nie przyprawiają ich jak należy. Naturalnie wzbudziło to moją ciekawość, a poza tym już dawno chciałam zrobić coś grillowanego w moim piekarniku.

W sukurs przyszła mi niewielka książeczka o nazwie „Kuchnia bułgarska”, gdzie bez problemu znalazłam przepis na wyżej wzmiankowane danie. Później się okazało, że tradycyjna receptura raczej nie zawiera cebuli, ale też zawsze twierdzę, że kuchnia jest miejscem, w którym zmiany są mile widziane. Na przykład nie wstawiałam mięsa na całą noc do lodówki. Mój plan posiłków ległby wtedy w gruzach.

Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że to był jeden z lepszych posiłków, jakie ostatnio przyrządziłam. Wyszły soczyste, pachnące i świetnie komponowały się z opieczonymi kromkami bagietki i sałatką.
Jest tylko jedno ale: trzeba lubić kmin rzymski.




Składniki:

½ kg mięsa mielonego wieprzowo-wołowego
1-2 ząbki czosnku
sól
po 6-8 ziaren czarnego pieprzu i ziela angielskiego
1 płaska łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
1-2 łyżki oliwy
1 mała cebula (niekoniecznie)

Sposób przygotowania:

W moździerzu (w moim nowiutkim, wspaniałym moździerzu! wreszcie mogłam go użyć!) rozcieram pieprz i ziele angielskie, dodaję kmin rzymski, sól, pokrojony czosnek i oliwę. Wszystko ucieram, dodaję do mielonego mięsa razem z bardzo drobno pokrojoną cebulą i bardzo dokładnie mieszam. Oczywiście można użyć już zmielonych przypraw i po prostu dosypać je do mięsa razem z drobniutko pokrojonym czosnkiem i cebulą.

Z masy formuję podłużne kotleciki. Kebabczeta powinny być niezbyt grube i dość długie, kształtu raczej parówek niż mielonych, myślę, że moje są nieco za krótkie i za grube. Wstawiam do lodówki przynajmniej na godzinę.

Nagrzewam piekarnik do 210-220 stopni (grill z termoobiegiem). Kotleciki kładę na kratce i umieszczam na najwyższej półce piekarnika, pod spodem stawiam blaszkę, na którą będzie ściekał tłuszcz.

Zabijcie mnie, nie mam pojęcia ile czasu piekłam. Za dużo osób czegoś ode mnie chciało w trakcie przygotowywania tego obiadu. Na pewno więcej niż dziesięć minut i zdecydowanie mniej niż pół godziny.
Related Posts with Thumbnails
/*Google anatytics */