Zdradziła mi przepis na ten smakołyk, którym delektowałam się ostrożnie i nie łapczywie, bo oprócz zalet (doskonały smak i zero kaca) ma też wadę, mianowicie dobrze schłodzony wchodzi jak lemoniada, a kopa ma solidnego, wszak nie na wodzie jest robiony.
Więcej o cytrynówce rozpisywać się nie będę, żeby nie zostać podejrzaną o promowanie alkoholu. Robi się ją szybko, a składniki są dostępne w każdym sezonie.
0,5 l spirytusu
4 cytryny
2 szklanki wody przegotowanej
1 szklanka cukru
1,5 łyżki miodu
Sposób przygotowania:
Cytryny dokładnie myję, szorując skórkę szczoteczką, a następnie obieram cieniutko obieraczką do warzyw. Odkrawam wszelkie pozostałości białego miąższu, co jest najbardziej pracochłonną czynnością. Kroję każdy owoc na pół i wyciskam z niego sok.
Przygotowuję dwa słoiki. Cukier i miód rozpuszczam w wodzie, wlewam doń sok z cytryny i odstawiam na 24 godziny.
Skórki z cytryn kroję w cienkie paseczki, umieszczam w słoiku i zalewam spirytusem. Zakręcam słoik i odstawiam na 24 godziny.
Po upływie doby mieszam obie części nalewki, cedząc przez gazę rozłożoną na durszlaku, rozlewam do butelek, zamykam szczelnie i odstawiam do przegryzienia się. Im dłużej się przegryza, tym jest smaczniejsza, ale już po ok. 2 tygodniach można schłodzić i serwować, lojalnie ostrzegając o jej ukrytej mocy.
Moja dopiero kończy ustawowe dwa tygodnie, ale dotychczasowe próby wypadły zadowalająco ;)
