Ciocia, jako absolwentka przyklasztornej szkoły dla dziewcząt, a później uczestniczka spotkań Koła Gospodyń Wiejskich, zawsze wspaniale piekła i gotowała, ale była wierna stałemu repertuarowi w sposób, który można byłoby określić jako wręcz niewolniczy. Z drugiej strony, po co miała eksperymentować, skoro drożdżowe z kruszonką w Jej wykonaniu to zawsze był poemat.
Aż nastały czasy Radia i Dziennika, a w nich porady kulinarne sióstr zakonnych. W chwili, kiedy w radiu podają nowy przepis, Ciocia Lusia nie istnieje dla świata, siedzi przy stole z długopisem, radio grzmi, a Ona szybko notuje kolejny frykas w kolejnym zeszycie.
Ciocia Dziunia zaopatruje ją w zeszyty oraz w prasę w kiosku u mojego Taty, gderając coś o maniach, które należałoby leczyć, ale potem zgodnie ramię w ramię wypróbowują radiowe receptury. A kiedy eksperymenty się udadzą i wyrazimy uznanie oraz zachwyt, Ciocia Dziunia przepisuje howto swoim ślicznym charakterem pisma i wręcza nam.
I to jest właśnie jeden z takich przepisów, wydrukowany onegdaj w „Naszym Dzienniku”.

Składniki:
(na trzy duże blachy)
- 200 g miodu
- 200 g cukru
- 600 g mąki
- 50 g margaryny
- 2 opakowania przyprawy do piernika
- szczypta soli
- 5 g sody oczyszczonej
- 1/3 szklanki mleka
- 1 jajko
Sposób przygotowania:
Miód, cukier, margarynę, przyprawę i sól mieszam i podgrzewam, aż cukier się roztopi, nie dopuszczam do zagotowania, następnie studzę.
Sodę rozpuszczam w mleku. Mąkę przesiewam do miski, wlewam przestudzony miód z dodatkami, dodaję jajko i mleko z sodą. Szybko zagniatam ciasto, jeśli uda mi się zrobić to w tajemnicy przed dziećmi. Jeśli nie uda mi się, ciasto zagniatane jest wolno i przy akompaniamencie licznych okrzyków radości dzieci i warknięć matki, która później zeskrobuje go z mebli i klamek oraz wydłubuje z miejsc oddalonych od epicentrum wydarzeń o kilka metrów i oddzielonych ścianą.
To, co zostanie w misce, a będzie ono dość luźne, posypuję mąką ze wszystkich stron i odstawiam do lodówki na przynajmniej kilka godzin. U mnie ciasto odpoczywało całą dobę, bo po akcji „Hurrraaa, zagniatamy!!!” musiałam zregenerować się psychicznie przed przystąpieniem do akcji „Hurrraaaa, wycinamy!!”
Zatem kontynuujemy następnego wieczoru. Ciasto należy rozwałkować na grubość 0,5 cm, ale oczywiście jeśli wałkują dzieci (a czyż można odmówić im tej przyjemności?? ja nie mogłam!) grubość jest w zasadzie dowolna. Grunt to w końcu zabrać im wałek, mamiąc różnorodnymi kształtami foremek.
Następnie wycinamy ciasteczka. Jeśli zamierzam powiesić je na choince, słomką do napojów robię otworki. Układam pierniczki na natłuszczonej blasze, pamiętając o pozostawieniu sensownych odległości między nimi, bo rosną w górę oraz na boki. Piekę ok. 20 minut w temperaturze 175 stopni z termoobiegiem (lub 180 stopni góra-dół).
Zaraz po zdjęciu z blachy są rozkosznie mięciutkie, chwilę później twardnieją na kamień. Włożyłam do foliowego worka i czekam cierpliwie, może zmiękną.
A jeśli nie zmiękną, to namoczę w mleku i też zjemy.
8 komentarze: