Trudno więc, żebym była w tej materii ekspertem, ale ponieważ wyszły bardzo dobre, to postanowiłam podzielić się z Wami przepisem.
Powiem więcej, wyszły tak dobrze, że prawdopodobnie robiłam je po raz ostatni.
Już tłumaczę o co chodzi.
Otóż mam ulubione słodycze, których unikam jak ognia. Uwielbiam biszkoptowe ciasta z kremem i potrafię zjeść na raz zupełnie nieprzyzwoite ilości. Dlatego torty i temu podobne robie tylko od wielkiego dzwonu. Tak działa mój instynkt samozachowawczy.
Podobnie jest z pączkami. Gdy na talerzu pojawi się stos smakowitych kulek, nie sposób im się nie oprzeć. Wolę więc nie ryzykować zmiany rozmiaru odzieży.
W dodatku smażenie jest najmniej przeze mnie lubianą metodą przygotowywania ciast. Zdecydowanie wolę wypieki.
Tak, to wszystko prawda. Ale prawdą jest też, że Tłusty Czwartek jest tylko raz w roku.
Ja już mój obeszłam kilka dni temu :)
Przepis ze starej książki z oberwaną okładką, więc nie podam tytułu. Zmodyfikowany.
Składniki:
(na około 25 sztuk)
½ kg mąki + do podsypywania
szczypta soli
60 g drożdży
7 żółtek
1 szklanka mleka
100 g cukru
1 łyżeczka spirytusu
100 g masła
konfitura lub dżem do nadziewania
cukier puder lub lukier
Sposób przygotowania:
O tym, że zamierzam robić pączki staram się pamiętać nawet kilka godzin wcześniej i wyjmuję z lodówki jajka, masło i mleko. Masło i mleko można co prawda podgrzać w mikrofalówce, ale w przypadku jajek nie polecam takiej metody.
Z drożdży, łyżki cukru, kilku łyżek mleka i około 2 łyżek mąki robię rozczyn. Zostawiam pod przykryciem w ciepłym miejscu na kilkanaście minut, żeby drożdże ruszyły.
Mąkę przesiewam. Mieszam z solą.
Oddzielam żółtka od białek. Trzy białka zamrażam, a z czterech robię bezy (z likierem pomarańczowym nie wyglądają tak ładnie, ale fajnie smakują).
Żółtka ucieram z resztą cukru.
Roztapiam masło (musi być ostudzone, gdy będę je dodawała do ciasta).
Do mąki dodaję rozczyn, żółtka z cukrem, resztę mleka (zostawiłam trochę na dnie), spirytus i zagniatam ciasto. Będzie się niemiłosiernie lepiło, więc wyrabiam ile dam radę, podsypując mąką. Przyznam, że podsypywałam całkiem obficie, bo mąki jest w tym przepisie jakby odrobinę za mało.
Gdy już mam dość, stopniowo dodaję stopione masło i zagniatam. Jest trochę lepiej, ale nie wykluczam, że przyda się jeszcze odrobina mąki.
Wreszcie mam elastyczne, dość rzadkie ciasto. Formuję kulki i układam na stolnicy wysypanej mąką. Lepiej, żeby nie były zbyt duże, bo mogą się potem nie dosmażyć w środku. Wagowo powinny mieć około 40 gramów.
Zostawiam na jakieś dwadzieścia minut do napuszenia.
Pączki smażę na smalcu po 3-4 minuty z każdej strony.
Nie wiem czy tak jest lepiej, bo nigdy nie smażyłam na oleju. Mają fajną skórkę, ale smalec powinien być dobrej jakości, o co wcale nie jest prosto.
Co najważniejsze, temperatura smażenia nie powinna być za wysoka, bo nie dosmażą się w środku. Mądrość ludowa mówi, żeby do oleju wrzucać co jakiś czas kawałek surowego ziemniaka, powinien obniżyć temperaturę tłuszczu i zapobiec przypalaniu się pączków.
Usmażone pączki układam na papierowych ręcznikach.
Nadziewam konfiturą śliwkową (zastrzelcie mnie - nie lubię pączków z różą). Do tego celu świetnie nadaje się na przykład dozownik do syropów przeciwgorączkowych dla dzieci po ścięciu końcówki.
Ponieważ pączki robię też dla siebie, to z radością rezygnuję z lukru na rzecz cukru pudru, ale niczego nie narzucam.
Nawet nie chcę wiedzieć ile to ma kalorii.
A szczypiorek Szymek podchodzi do półmiska i starannie wybiera największego i najobficiej posypanego cukrem pudrem pączka.
14 komentarze: