piątek, 10 września 2010

KONKURS! Do wygrania gofrownice

Lubicie gofry? My bardzo. Kojarzą nam się z latem, słońcem, opalenizną, budką na deptaku, wąsami z bitej śmietany i podobnymi wakacyjnymi atrakcjami, za którymi intensywnie tęsknimy i czule wspominamy każdego mglistego ranka. Można oczywiście upiec je w domu, ale wymaga to użycia gofrownicy o wysokiej mocy.

I my takie właśnie gofrownice dla Was mamy!

Co trzeba zrobić, żeby dostać jedną z nich? Opowiedzcie nam o swoich wakacjach z goframi w tle. Może gdzieś jedliście najlepsze gofry świata? Albo w najlepszym możliwym towarzystwie? Albo w pięknych okolicznościach przyrody?

Autorki bądź Autorzy dwóch opowieści, które urzekną nas najbardziej, otrzymają te oto gofrownice o mocy odpowiedniej do upieczenia chrupiących, smakowitych gofrów. Sprzęty są oczywiście nowe, w oryginalnych opakowaniach. Oferujemy również sprawdzony przepis :)

Kwestie formalne:

1. konkurs trwa do 30 września 2010,
2. swoje opowieści proszę wpisywać w komentarzach do tej notki,
3. nie zapomnijcie podpisać się imieniem bądź nickiem (szczególnie osoby, które nie logują się) i oczywiście prosimy o podanie adresów mailowych.

Czekamy na Wasze historie :)

110 komentarzy:

  1. Na dowód mojej wielkiej gofrowej miłości:
    http://www.facebook.com/pages/Kuchnia-Agaty/135161496517206?v=photos#!/photo.php?pid=278926&id=135161496517206&ref=fbx_album
    To były zdecydowanie najlepsze, tegoroczne wakacyjne, nadmorskie gofry! Przemiłe sprzedawczynie prosiły o napiwki- chciały przeznaczyć je na zakup gramofonu. No pięknie, po prostu pięknie!
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gofry…jak dla mnie najlepsze z nad Bałtyku. Koniecznie z bita śmietana i frużeliną wisniową. Wyjazd nad Bałtyk bez tej pozycji zaliczamy do nie udanych choć w ogóle nie ma mowy żeby ich nie zjeść. Gofry, budka nad Bałtykiem, bita śmietana i frużelina to może nie jest szczyt wyrafinowanego smaku i często wcale z nóg nie zwalają ale dla mnie to zawsze coś wyjątkowego. Wakacje spędzamy zwykle w dużym rodzinnym gronie, często zbiera nas się grupa 15 osób, jest mój mąż, rodzice, dziadkowie, siostra mamy z dziećmi, najbliżsi znajomi i tak cała grupką wszyscy zajadamy się takimi samymi goframi. Jest przezabawnie…najmłodsze dziecko zawsze jest całe upaćkane bitą śmietaną, największa gapa rodziny zwykle gdzieś gofra upuści, babcia delikatnie zbiera wisienki łyżeczką….ach i tak sobie myślę, że w tych całych gofrach to My jesteśmy najfajniejsi :)
    A domowych gofrów to ja nigdy nie jadłam bo maszynki nikt w pobliżu nie ma :(

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki gofrom z bitą śmietaną i owocami udało sią nam wraz z koleżanką wypić kawę i poplotkować. Bo owe gofry wsuwały nasze dzieci, które wpierw były zajęte ich pochłanianiem, a potem opchane jak bąki nie miały siły rozrabiać, więc my, dwie mamy, miałysmy czas dla siebie! Niech żyją gofry! I to nie tylko w czasie wakacji! :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Najlepsze gofry w swoim życiu jadłam po strasznych traumach, jak już nie pamietałam smaku tych pyszności. Byłam chora..... bardzo chora. Wstrętna druga osoba, która staczała mnie na dno i zabijała siedziała we mnie przez 7 lat. Kiedyś Ja wesoła, pełna życia, głośna, kochająca wszystkie słodycze i smakołyki, a w szczególności gofry, katowałam siebie i swoja rodzine.....
    U kresu życia, będąc jak "mgiełka" za wsparciem rodziców podjęłam decyzje że czas z tym skończyć. Leczenie takie najistotniejsze trwało 5 miesięcy i wtedy NAGRODA- wyszłam ze szpitala na całe popołudnie z rodzicami i bratem. I właśnie tam, w Katowicach w Galerii poczułam ten wspaniały zapach. Zapach który kiedyś dawał radość, a później kusił a był przeklństwem. Teraz była ta chwila........ za zapachem poszliśmy, każdy kupił według swego smaku. Ciepły, pachnący z bitą śmietanąi świeżymi owocami- to był ten smak, to były łzy radości w oczach mej rodziny i dumy na swe pierwsze kroki zdrowotności.
    Z radością wspominam te chwile i nie wstydze się powiedzieć teraz na łamach Waszego cudnego Bloga - Tak miałam anoreksje, ale wyszłam z tego!!! a gofry i lody były moimi pierwszymi słodyczami po dłuuuuugiej przerwie i mam do nich sentyment.

    Teraz dziekuję, że od 2 lat moge korzystać i zajadac się smakołykami z waszego bloga i innych;)
    Kamila- osulka@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  5. Najlepsze gofry?
    To te, które razem z bratem przyrządzilismy w dzieciństwie. Ja 7-letnia on 9-latek. Miały być prezentem na Dzień Matki. Co prawda do powrotu Mamy nie dotrwały.
    Przepis był prosty, trochę mąki, dwa jajka (wpadło trochę skorupek, ale kto by się przejmował - wystarczyło tylko mocno gryźć ;), mleka "ile się wlało". W życiu nie jadłam lepszych gofrów!
    A co do prezentu na dzień matki, no cóż, Mama w dostała sprzątanie kuchni
    Anna M.
    anna.andrukiewicz@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Najlepsze gofry jadłam w Zakopanem. To był nasz pierwszy wspólny weekend z moim przyszłym mężem. Zimny listopad w górach był bardzo słoneczny. Przed południem szliśmy na spacer w góry, po południu spacerowaliśmy po Krupówkach i okolicach, eksplorując uroki gastronomiczne Zakopca. Całkiem przyzwoite chrupiące gofry z bitą śmietaną i polewą czekoladową, którą W przypadkiem wysmarował się po całej twarzy. Jak dziecko! Wtedy już na sto procent wiedziałam, że to właśnie ten jedyny, z którym chcę spędzić resztę życia.

    OdpowiedzUsuń
  7. hmm gofry...pychota...najlepsze te domowe,
    jednak najbardziej zapadające w pamięci to te jedzone w Zakopanem..a to dlatego, że wtedy pierwszy raz był z nami w górach nasz starszy synek i to były jego pierwsze gofry..miał wtedy 11 miesięcy i z tego powodu nie mógł zbyt dużo zjeść..ale bardzo mu smakowały i oblizywal się... :)) gofry były i z bitą śmietaną, i z cukrem, a na pamiątkę ma zdjęcie:)) no i miłość do gór...tylko nie wiem czy to z powodu gofrów;)) drugi synek pobił pierwszego bo pierwszy raz był w górach jak miał 7 miesięcy ale na gofry był za mały więc następnym razem....a na pewno będą bo wszyscy jesteśmy zakręceni na punkcie gór nawet najmłodsi:) pozdrawiam smaczniutko anita,
    mail grzegorz.anita@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem czemu ale gofry od zawsze kojarzyły mi się z latem i z wakacjami :). Zawsze gdy okres letni się zbliżał trzeba było uczcić to małym co nieco :). W swojej miejscowości mam taką cukiernię która się specjalizuje w takich pysznościach a w sezonie wakacyjnym przechodzi sama siebie :). Mój totalny faworyt gofra to wersja all inclusive :D! Gofr z bitą śmietaną, owocami, polewą, dżemem, orzechami i bakaliami :D. Miodzio w pyszczku :). Jestem w stanie oddać wszystko za chwilą rozkoszy sam na sam z tym cudeńkiem.. Od dzieciństwa zajadam się tym smakołykiem i jestem do niego tak przyzwyczajona że wakacje bez gofra to nie wakacje :(.
    W tym roku miałam drobny przywilej ponieważ moja dobra koleżanka zatrudniła się na okres letni w tejże cukierni :). Wiedziała o moich upodobaniach więc zawsze zrobiła mi gofra takiego od serca :). A ja miałam jeszcze więcej przyjemności :P. Z taką gofrownicą nie tylko wakacje będą kojarzyć mi się z goframi xD

    pozdrawiam
    ivanotta@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo lubię gofry. Pyszne, chrupiące i za każdym razem można zmienić smak dodatkami.
    Swoje najlepsze gofry jadłam w domu. Większość czasu w roku spędzam poza domem rodzinnym, ponieważ podczas studiów mieszkam w innym mieście. Jestem z tzw. rodziny wielodzietnej, dlatego jestem przyzwyczajona, że w domu nas zawsze pełno, zawsze ktoś jest obok, zawsze coś się dzieje. Gdy rozpoczęłam studia przeprowadziłam się do innego miasta. Zamieszkałam w mieszkaniu studenckim i jakoś nie potrafiłam się odnaleźć w nowej sytuacji. Tęskniłam za rodziną, za mniejszym miastem, za brakiem hałasu i bliskością kochanych osób. Trzeba było się przystosować do nowych warunków, takie życie. Ale do dziś pamiętam gdy przyjechałam do domu w pewien piątek. Od progu zapachniało goframi zrobionymi przez moją mamę. Od tego czasu gofry bardzo dobrze mi się kojarzą - z powrotami, radością, wspólnie spędzonym czasie z rodziną w kuchni :) takie wspomnienia są najlepsze, bo aż się ciepło na sercu robi.
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  10. Tegoroczne gofry z Zakopanego na Krupówkach - zaspokojenie pragnień w 100%.
    Sierpniowe wakacje spędzałam "gastronomicznie" ponieważ w 7 miesiącu ciąży inaczej się nie dało:) Reszta towarzystwa chodziła po górach a ja z zaprzyjaźnioną babcią Anią i jej roczną wnuczką zwiedzałam "przybytki rozkoszy kulinarnych".
    Jest takie jedno miejsce w Zakopanym(zainteresowanym chętnie zdradzę:)), które szczególnie przypadło mi do gustu. Lody w przeróżnych smakach, wielkie pączki z 3 rodzajami nadzień, koktajle owocowe, ciasta wszelkiego rodzaju i one... te na które miałam ogromną ochotę, które zaczynały mi się snić po nocach...:)
    W wersji najprostszej bo z cukrem pudrem, ale tak rozkosznie brudzącym nos i opadającym na wszystkie części ubrania. Ciepłe, chrupiące. Pełnia szczęścia:) Kiedy byłam w ciąży z synkiem podjadałam maniakalnie pączki i on też teraz je uwielbia.
    Wiem już jaki będzie ulubiony deser oczekiwanej przez nas córeczki.... idę o zakład, że GOFRY:)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zazwyczaj nie biorę udziału w konkursach, więc też nie wygrywam. Ale tym razem zapachniało mi, oj zapachniało!
    Najlepsze gofry świata? Takie gofry, które się pamięta?
    Budka stoi do dziś, ale po gofrach, po Tamtych Gofrach nie został już nawet cień aromatu. Teraz królują w niej pieczone kurczaki i słój z ogórkami kiszonymi na zagryzkę. A dwadzieścia pięć, a może nawet dwadzieścia siedem lat temu sprzedawano tam lody i gofry. Lody były cudownie kremowe, pachnące latem i wanilią (wiem, że to były zjednoczone w białym zakrętasie wanilina, żelatyna i wieczny głód słodyczy), a gofry... Co to były za gofry! Gorące, chrupiące i wielkie! Stało się po nie w ogoniastej kolejce, łykając ślinę i przebierając nogami. I ta bita śmietana! Blisko spokrewniona z lodami – słodka, gęsta, kopiasta. Chudzielcom tęga pani w białym fartuchu nakładała lekką ręką więcej tej wysokokalorycznej pianki.
    Cała frajda z goframi wiązała się przewrotnie z tym, że nie zawsze dało się je kupić. Czasem były tylko lody, czasem tylko gofry, a bywało i tak, że budka stała zamknięta na głucho brzydką, metalową sztabą. Właśnie wtedy najbardziej chciało się zatopić zęby w złoto-brązowej kratownicy gorącego ciasta, paćkając nos śmietaną. A kiedy budka była otwarta i sprzedawała frykasy, po wszystkich podwórkach błyskawicznie biegła plotka i echo nawoływań „Mamoooo! Daj mi na gofra!”. Leciało się całą bandą, jak najszybciej, z wrzaskiem, z tupotem i śmiechem.
    Takie gofry smakowały mi najbardziej: z bitą śmietaną i dzieciństwem.

    OdpowiedzUsuń
  12. mi gofry kojarzą się z jesienią bo najczęściej je wtedy piekę gdy na dworzu zimno a w kaloryferach cisza taki gofr cieplutki słociutki mlask
    często w tym okresie słysze "czy mi się wydaje że wieczorem będzie pachniało goframi " lub " mamix gofrownica z szafy nawołuje tu jestem tu "
    teraz już Kubix sam piecze muszę mu jedynie ciasto machnąć .

    OdpowiedzUsuń
  13. Co jak co, ale z goframi wiąże się u mnie wieloletnia tradycja jedzenia gofrów w jednym miejscu. Bardzo blisko mnie, na Rondzie Wiatraczna w Warszawie w bardzo zniszczonych starych pawilonach istnieje mała cukiernia oferująca gofry i rurki z bitą śmietaną. Idąc wzdłuż ulicy bardzo łatwo przegapić ten punkt, ponieważ nie posiadają oni wielkich, rzucających się w oczy szyldów i reklam, tylko skromną markizę. Ten punkt działa już około 50 lat i tyle też trwa związana z nim tradycja mojej rodziny. Już moja mama wiele lat temu chodząc raz w tygodniu na religię do pobliskiego kościoła za każdym razem zaglądała tam pragnąc kosztować pysznej bitej śmietany. Z resztą nie tylko ona tak robiła, w każdym kolejnym tygodniu dzień w którym odbywała się religia był dniem, w którym cukiernia przeżywała oblężenie dziećmi. Dorastając każde z tych dzieci miało w pamięci smak tej bitej śmietany i w miarę możliwości odwiedzało ten punkt. Z moją mamą było tak samo. Byłam bardzo małym dzieckiem kiedy zaprowadziła mnie w to magiczne miejsce i zasmakowałam tej wspaniałej śmietany. Bardzo często sobotnia wizyta na pobliskim bazarku wiązała się z odwiedzeniem tej małej cukierni, niecierpliwym staniem w często dość długiej kolejce, a następnie rozkoszowaniem się smakiem. Stojąc w kolejce dowiadywaliśmy się, że inni klienci to często ludzie mieszkający w innych dzielnicach, daleko od Grochowa, którzy w te strony przyjeżdżają właśnie do tego punktu. Byli też przyjezdni – ludzie, którzy zakosztowali bitej śmietany na gofrach czy w rurkach i teraz każdy przyjazd do Warszawy łączą z odwiedzeniem tych pawilonów. Lata mijały a moja rodzina wciąż odwiedzała to miejsce – najpierw wspólnie, później każdy samemu lub z przyjaciółmi, z sympatiami. Również teraz mając 25 lat z wielką przyjemnością idę tam by rozkoszować się smakiem gorącego, świeżo upieczonego gofra z rewelacyjną w smaku bitą śmietaną. Nigdy i nigdzie nie trafiłam na gofry lepsze niż w tej niepozornej cukierni. Smak jest wciąż tak samo urzekający. I przyznam szczerze, że z wielkim wzruszeniem obserwuję kolejne pokolenia przychodzące do tego miejsca, maluchy umorusane bitą śmietaną i owocami, trochę większe dzieci usiłujące przekonać swoich rodziców, że jedna sztuka to za mało i dorosłych – wciąż odwiedzających to miejsce. Z wielkim przerażeniem obserwuję jak wokół powstają wielkie, nowoczesne budynki. Co będzie jeśli ktoś uzna, że ten stary pawilon należy zburzyć i wybudować coś nowego? Mam nadzieję, że jeszcze szybko nikt nie wpadnie na taki pomysł, ponieważ chciałabym mieć szansę zaszczepić tą miłość do gofrów i bitej śmietany swoim przyszłym dzieciom…

    OdpowiedzUsuń
  14. Widzę że na gofrownice popyt ogromny. Ale - nie ma się co dziwić! ;)

    Moje najlepsze gofry? Zdecydowanie te jedzone w Belgii, w Brukseli, w budce tuż przy figurce Manneken pis. Z cudownie czerwonymi, soczystymi truskawkami, oblane do tego słodką białą czekoladą. Ciężkie, korzennie aromatyczne. Jedzone na pół z Przyjaciółką. I stwierdzenie, że kiedy będziemy stare i brzydkie, i nic a nic nie będzie nas obchodzić wygląd, przyjedziemy tam ponownie - żeby doprowadzić nasze kubki smakowe do kulinarnego nieba. A wokół nas niesamowicie klimatyczny brukselski rynek i fontanny spływające czekoladą. Niesamowicie...

    Pozdrawiam! :)

    OdpowiedzUsuń
  15. To były przyjemne studenckie czasy...
    Mój 3,5-letni siostrzeniec miał spędzić tydzień wakacji mieszkając ze mną i moją przyjaciółką w akademiku. Przez ten czas zapewniałyśmy mu atrakcje w postaci wizyty w zoo, w parku, nad morzem, na Starówce itd. Mały nie był przyzwyczajony do tak długich spacerów i po całym dniu spędzonym na dworze najczęściej zasypiał w wózku w drodze powrotnej.

    W czwartek, który był przedostatnim dniem naszego pobytu wracając z plaży kupiłyśmy młodemu pięknego, złocistego, słodko pachnącego gofra. Studencki budżet nie pozwolił zadbać nam o siebie, więc tylko patrzyłyśmy, jak przysmak powoli znika. To był najdłużej jedzony gofer świata, a jego zapach powodował, że byłyśmy coraz bardziej głodne. Młody jadł i jadł, przysypiał i znowu jadł, aż w końcu zasnął. Ten wymęczony, połamany gofer smakował nam jak żaden inny.

    Marta, marja777@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  16. Dla mnie zdecydowanie najlepsze gorfy to te, ktore jadlam w Kołobrzegu:) Była to chyba 4 klasa podstawówki. Byłam razem ze swoja klasa na wycieczce majowej. I kiedy zmierzalismy na plaze, wszyscy poczuli cudowny zapach:tak cudowny! Nie tam zadnego spalonego tluszczu jaki czesto wydobywa sie z "gofrowych budek":) Słodki i delikatnie muskający nozdrza zapach waniliowych gofrów i UWAGA: OWOCOWYCH SOSÓW ROBIONYCH NA MIEJSCU! 2 panie,ktore tam pracwaly, same robiły sosy, wiec byly cieple na gofrach. Byl jagodowy, wisniowy i truskawkowy. Moja klasa liczyla 24 osoby. I kazdy chciał gofra:) Spedzilismy tam chyba 1,5 godziny (niektorzy zalapali sie na stoliki i krzeselka a reszta siedziala na ziemi) W koncu kazdy wpalaszowal swoj smakolyk. Obsluzenie takiej ilosci klientow trwalo ok 40-50 minut, a potem prawie tyle samo spedzilismy na odpoczynku po wielkim obzarstwie:) Nigdy tego nie zapomne. To musialo wygladac cudowie:26 osobowy wężyk(tak, 2 nauczycielki tez chcialy gofra!) przed przerazonymi dwoma paniami smażacymi gofry:) I potem te nasze upaprane buzie i usmiechy zadowolenia:) Bezcenne:)

    OdpowiedzUsuń
  17. Hmmm… Moja najlepiej zapamiętane gofry? W mojej buntowniczej młodości na bluesowym festiwalu im. Ryśka Riedla w Tychach. Super koncerty, dużo skakania, dużo radości, wielu przyjaciół wokół, wiele nowopoznanych osób. Grubo po północy… Pojawia się głód… (i chłód) Czyżby znów chleb z pasztetem? Czy oby na pewno? A może upolować coś w której z budek? I może nawet coś ciepłego. Jedyny problem? Jak to na festiwalach. Budżet zdecydowanie już skurczony. Była to ostatnia noc festiwalu, powrót planowany stopem, więc brak funduszy nas nie martwił. Na szczęście wspólnymi siłami udało nam się wygrzebać z portfela parę drobniaków, więc idziemy na ”wielką” ucztę. Wybór padł właśnie na gooofra. Tak, dokładnie, jednego gofra na X osób. Ale za to jakiego… Tan smak… Pyszne chrupiące, jeszcze ciepłe ciasto i duuuużo bitej śmietany. Jedzony w te nasze dobrych kilka osób sprawił nam wiele frajdy :]. Bo najlepsze gofry to chyba te dzielone z innymi? Taki jest chyba wniosek ;) Pozdrawiam :)

    krecimail@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  18. Do niedawna myślałam, ze te z Kołobrzegu. Z budki przy wejściu/wejściu na/z plaży. Z bitą śmietaną, z jagodami, a nawet tylko z cukrem pudrem ( nawet jak się odchudzałam to przy tych gofrach moja silna wola poszła w siną dal ) . Tak było do czasu, gdy dziecko przywiozło mi gofry z Gdańska. No cud miód malina. A moje od czasu do czasu tez wychodzą zjadliwe ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Gofry! Zawsze tym samym miejscu i zawsze gdy tylko się tam pojawię. "Gofry u Ireny". Od dziecka kupujemy tam gofry i zawsze gdy jestem z moją Mamą na targu po owoce/ warzywa wygiągam rękę po kilka złotych na gofry z bitą śmietaną. Nic więcej tylko to. I mimo iż mam już 23lata tak samo wyciągam rękę po ten sam smakołyk.

    Raz chciałam zrobić przyjemność mojej rodzince i kupiłam 4 gofry z bitą śmietaną na wynos. Były wakacje, ok 30 st. a ja jechała skuterem. Jak na złość zepsuł się akurat w połowie drogi do domu a ja zmartwiona, że się zmarnują mozolnie wciągałam 4 smakołyki oczekując pomocy. Zasłodziłam się niemiłosiernie, ale i tak nie zmniejszyło to mojej miłości do gofrów!

    Pozdrawiam obie Chochelki.

    OdpowiedzUsuń
  20. Gofry-cudowny zapach i błogość smaku.Doskonale pamiętam jak jadłam je na Krupówkach w Zakopcu.Były to pierwszy wypad w góry ze znajomymi.Oni studenci,ja i koleżanka dopiero w liceum (oczywiście towarzyszył mam jej starszy brat).Była piękna jesień,okropnie głodni po chodzeniu po górach,kupiliśmy sobie gorące,pachnące z bitą śmietaną złociste gofry.Wszystkim strasznie smakowały.Do tej pory pamiętam ten zapach i smak.W tak fajnym towarzystwie już nie miałam okazji ich jeść, a szkoda:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Lato posezonowe, polskie morze, szum fal, jeszcze stoją budki ze wszystkimi nadmorskimi pamiątkami, jednak nie ma już wokół tłumów turystów. Nadmorska miejscowość powoli zapada w sen zimowy, odpoczywając od szumu turystów. Przed snem jednak, chce nabrać jeszcze trochę tłuszczyku dlatego właśnie po pustawych ulicach kręcą się gdzieniegdzie rodziny z dziećmi. Jesteśmy jedną z takich rodzin. Standardową rodziną 2+2. Standardowa będzie również ta historia i może dlatego tak bardzo ciepła i miła. Miałam w tedy może 8 może 9 lat, byłam Małą Damą, zaś mój o 4 lata młodszy brat… był złym dodatkiem do wizerunku Damy ;) I właśnie w czasie jednej z przechadzek po miasteczku Dama i MłodszyBrat zapragnęli (jak co dzień z resztą) naciągnąć dwoje strudzonych rodziców na pyszne gofry. A długo nie trzeba było ich prosić. Bo to nie były zwykłe gofry. O nie co to, to nie. To były Gofry Firmowe. A jak firmowe to z górnej półki, pełen wypas. Była to bardzo misterna konstrukcja. W skład gofra firmowego wchodził, gofr (aż mam ochotę napisać gofer, ponieważ w tedy
    Młoda Dama mówiła Gofer), ogromna ilość bitej śmietany, ale to była ilość wręcz… wręcz zabójcza dla zwykłego śmiertelnika, i owoce, wszelkiej maści i koloru. Jagody, maliny, jeżyny, truskawki, winogrona… wszystko o czym można zamarzyć. A na to polewa i tutaj też do wyboru do koloru, truskawkowa, czekoladowa, toffi i żeby było śmieszniej dostawałeś jeszcze posypkę też pełna gama smaków, kolorów i form. Te gofry to były takie małe dzieła sztuki, wszystko ułożone z największą precyzja aby żaden kawałek nie spadł, aby wszystko wyglądało apetycznie…. Na samo wspomnienie cieknie mi ślinka. I pamiętam dokładnie, że ja jako młoda dama w momencie kiedy dostawałam to cudo zapominałam o manierach i…. po 30 sekundach pałaszowania tego smakołyku (nawet nie wiedziałam że dzieci potrafią tak szeroko otwierać buzię) byłam cala w bitej śmietanie w moje ślady szła reszta rodziny. Dzięki tym wakacjom morze to gofry a gofry to morze. Kocham te dwie rzeczy miłością nieprawdopodobnie wielką, chociaż morze chyba kocham mocniej. Mimo wszystko jednak to były najwspanialsze wakacje dopełnione codzienną porcją misternych cudów kulinarnych. A poza tym moja najlepsza przyjaciółka obiecała mi pół roku temu gofry jednak jej gofrownica uległa autodestrukcji przez spalenie i z gofrów nici. Dlatego pisząc moją historię próbuje spełnić siostrzaną obietnicę. Serdecznie pozdrawiam.

    kawa.amelia@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  22. Najlepsze gofry! Jem je zawsze gdy wracam do domu na wieś do mojej rodziny, a że bywam tam dosłownie parę dni w roku to za każdym razem smakują lepiej. Gofry mojej mamy, podawane z dżemem truskawkowym domowej produkcji i prawdziwą bitą śmietaną, lub świeżymi owocami sezonowymi, chrupiące i pachnące wanilią, smakują rewelacyjnie.

    Pozdrawiam

    gosiak24@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  23. A moje wakacje z goframi były spędzone na wsi - czyli tam, gdzie mieszkam:)
    Nie mam aż takich funduszy, by wyjeżdżać na jakieś super wakacje, więc zostałam w domu. Pewnego dnia, gdy rodzice byli u babci, postanowiłam zrobić im niespodziankę.. Upiekłam GOFRY. Pysznie pachnące, smakowicie chrupiące .... Szczerze powiem, że te nadmorskie gofry przy nich się chowają...
    Rodzice pochłonęli je na sucho bez żadnych dodatków, ponieważ stwierdzili, ze szkoda psuć ich smak:) W takich towarzystwie jak moi rodzice żadne gofry nie smakują tak, jak te z przepisu mojej siostry...
    pozdrawiam serdecznie
    Małgosia - godzbal@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  24. Dwa lata temu, już jako młoda mężatka, wybrałam się z mamą na wakacje do Jastrzębiej Góry. Trochę się tego wyjazdu obawiałam: planowane dwa tygodnie razem mogły okazać się zbyt długim okresem czasu.

    Już pierwszego dnia podczas wyprawy nad morze mama powiedziała: "Kupię ci gofra". "

    "Nie lubię gofrów", odparłam.

    "Ale te są pyszne."

    Na nic zdały się moje protesty, mama jest osobą o żelaznej woli i już wkrótce trzymałam w łapkach prawdziwego potwora: ogromnego, jeszcze gorącego gofra z dużą ilością bitej śmietany wylewającej się na serwetkę i lepiącej mi palce. Mama promieniała zadowoleniem.

    Ale nie to było najgorsze.

    Najgorsza była odblaskowo zielona maź na bitej śmietanie, której kolor dosyć ostro kojarzył mi się z odpadami radioaktywnymi.

    Mama patrzyła na mnie wyczekująco. "No spróbuj, to dobre."

    Z mamą nie warto walczyć w drobnych sprawach. Westchnęłam cichutko i ugryzłam malutki kąsek potwora, w duchu już planując szczegóły własnego pogrzebu - byłam przekonana, że zejdę z tego globu dosyć szybko, a przyczyną będzie zatrucie pokarmowe.

    Były to najlepsze gofry, jakie jadłam w życiu. W czasie całego pobytu nad morzem wracałam tam prawie codziennie po nową porcję gofra z frużeliną "zielone jabłuszko".

    Mama ma zawsze rację.

    A poza tym lubi gofry najbardziej na świecie.

    Frużelinę już mam. :D

    OdpowiedzUsuń
  25. Gofry, goferki, gofrątka, uwielbiam! Dziecięciem będąc ukochałam je sobie i towarzyszą mi w ilościach hurtowych na każdych wakacjach. Z wyjątkiem tych jednych:)

    Lata pewnego pojechałam z moim H. pod namiot nad morze. Studenckie wakacje - byle tanio. Spędziliśmy dwa tygodnie oszczędnie wydając nasze finanse, pilnując, żeby wszystkiego nie przepuścić, bo musiało nam wystarczyć jeszcze na bilety powrotne. Także zastanawialiśmy się 5 razy nad zakupem każdego pomidorka, a wierzcie mi, w tej miejscowości inflację mieli jak za dobrych czasów w Zimbabwe. Codziennie były droższe:) Przeżywałam więc katusze, bo starannie wyliczona na początku wakacji kasa kurczyła się szybciej, niż zakładaliśmy. A niemożność zjedzenia takiej ilości gofrów, jakiej bym chciała była gorsza od tego, że dwa tygodnie jedliśmy chleb z pasztetem i pomidorem.

    Ostatniego dnia nadeszła pora zakupu biletów powrotnych. Wysypaliśmy drobne, bo tylko takie zostały, H. przeliczył i mówi:

    "Łeee... spoko. Jeszcze wystarczy mi na Carlsberga".

    Zagotowało się we mnie. Jak to?? Na Carlsberga?? To ja się całe wakacje powstrzymuję od kupna moich ukochanych gofrów, żeby on teraz sobie mógł Carlsberga kupić?? I gdzie tu sprawiedliwość??

    Stanęły mi przed oczami te wszystkie gofry, goferki, gofrątka, których podczas tych wakacji nie zjadłam i ja, istota dobrze wychowana i nie unosząca głosu na swego H. warknęłam wkurzona:

    "Gofra chcę! Jak Ty kupujesz Carlsberga, to ja gofra chcę!"

    I naprawdę było mi obojętne, czy wystarczy na bilety, czy nie. Oczyma wyobraźni widziałam te gofry, których nie zjadłam i już nic mnie nie obchodziło.

    H. uśmiał się serdecznie z mojego oburzenia i dostałam tego gofra :)

    Gofry vs. Carlsberg 1:0!

    Pozdrawiam wszystkich wielbicieli i wszystkie wielbicielki gofrów:)

    Zuzanna
    tarromi@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak Gofry to tylko te u mojej mamy! Ileż było radości gdy mama wyciągała z szafy starą ciężką gofrownicę,kształt tradycyjny-serduszka..jak ta wasza na zdjęciu. Może i nie konkursowa ta moja wypowiedź bo już nie jadłam gofrów od lat:( Sama jestem teraz mamą,zdałam sobie sprawę z tego że moje dzieci nie poznały jeszcze smaku gofrów.Jeśli wygram będzie wspaniale, jeśli nie- będzie trzeba wybrać się na zakupy bo gofry to głównie smak dzieciństwa:)

    OdpowiedzUsuń
  27. Miałam jedną historię z goframi 2 lata temu na wakacjach,pamiętam ją do dziś.
    Byłam nad jeziorem,niedaleko mojej babci.
    Ach,jaka ja byłam szczęśliwa że jedziemy nad jezioro i na najlepsze gofry wg mnie w całym województwie.
    Więc gdy jechaliśmy już nad jeziorko myślałam jakiego gofra wybiorę,doszłam do wniosku że standardowego-bita śmietana i owoce leśne.
    Wyszłam z samochodu(oczywiście 6,50 miałam w kieszonce) poszłam szybko po gofra by potem go spalic w czasie pływania.
    Idę już zadowolona z gofrem nagle dzwoni telefon,wyjmuje go z kieszonki a bita śmietana nagle robi chop na chodnik.O nie!-pomyślałam.Zrobiło się tak dlatego że bita śmietana była położona na ciepłego gofra a ja go troszkę przychyliłam i to po prostu spłynęło...Ja już troszkę zdenerwowana odbieram telefon a tu siostra-kup mi gofra z bitą śmietaną...
    :)
    kasiap8@poczta.fm

    OdpowiedzUsuń
  28. Gofry... takie najlepsze?
    Zdecydowanie te w Brukseli:) Z dużymi kawałkami cukru w cieście na gorąco, albo z czekoladą, z lodami...
    Ale uwielbiam też te domowe najlepiej z cukrem pudrem:) Choć już dawno nie jadłam...

    OdpowiedzUsuń
  29. gorfy tylko zimą ze swieżymi owocami to jest frajda:))))))) Gorfowa panienka podaje z okienka gofer pachnący i kolorowy oj zawrót głowy. Smak nieziemski znakomity dla faceta i kobity:)a sytalby ktos gdzie ?w Miedzyzdrojach na molo kazdy wie. Kasia klauda@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  30. małgosia popik azdfa@o2.pl12 września 2010 10:57

    Gofry, goferki, gofrunie…jakkolwiek nazywają je moje dzieci na myśli mają zawsze tylko jedno – chrupiące cisto przystrojone soczyście czerwonymi wisienkami. Z resztą mama z tatą w swojej miłości do tego przysmaku nie odbiegają wcale daleko. Wspólnie moglibyśmy pieśni pochwalne na cześć gofrów pisać:) W tym roku, będąc na wakacjach daliśmy temu doskonały dowód. Już mówię co też takiego zrobiliśmy...
    Postanowiliśmy wyjechać na kilka dni na wieś do babci aby dzieciaki i zwierzęta wybawiły się wśród natury, a my odpoczęli od zgiełku dużego miasta. Pewnego dnia Natala, moja najmłodsza pociecha wyskoczyła z pomysłem który reszta szybko podchwyciła i przybiegły do nas krzycząc: „idziemy na gofry! Na gofry!” Dzieciakom trudno było przetłumaczyć, że na wsi u babci to tylko sklep spożywczy, kiosk i poczta, a budki z ich ulubionym przysmakiem ani widu ani słychu. Mąż, ze względu na to że lubi rozpieszczać maluchy, a może dlatego że sam jest łasuchem, spakował nas wszystkich do samochodu aby poszukać upragnionego celu – miejsca gdzie moglibyśmy kupić gofry. I tak mijaliśmy kolejne wioseczki, aż dotraliśmy do małego miasteczka, gdzie natknęlismy się na śliczną cukierenkę. Jak ogromny był nasz smutek kiedy dowiedzieliśmy się że w menu gorów NIE MA. Opowiedzieliśmy naszą historię rozbawionej właścicielce, która uznała, że takich gofrowych smakoszy jeszcze nie widziała i obiecała, że da się to załatwić. Skoczyła na górę, do swojego mieszkania po…gorfownicę i w mig wypiekła nam pyszne ciasto. W życiu, żadne gofry tak nam nie smakowały.
    Oto i nasza przygoda z goframi, raczej nie w tle, a jako głównym bohaterze tamtego dnia, kiedy całkowicie odebrało nam rozum:)

    Małgosia Popik
    azdfa@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  31. Było lato,
    lipiec - słońce.
    Ja, on i gofry gorące.
    Romantyczna atmosfera,
    jak u znanego reżysera.
    On jest słodki i uroczy,
    gofr cię zawsze czymś zaskoczy.
    No i mąż jest dopełnieniem,
    mych najskrytszych marzeń spełnieniem.
    Osiem lat nam w tym roku minęło,
    i nas jak zwykle na gofry wzięło.
    Więc nad morzem wybraliśmy,
    knajpkę, w której co roku gofry jedliśmy.
    Bo nasza miłość jest jak one:
    kolorowa jak owoce,
    słodka jak bita śmietana,
    i gorąca jak gofrownica,
    pracująca od rana.
    Zawsze gofry uwielbiamy,
    i nad morzem się nimi zajadamy.
    Bo niestety w naszym domu,
    nikt nie zrobi gofra nikomu.
    Brak nam tej cudownej maszyny,
    dzięki której,
    nadmorskie romantyczne chwile by wróciły.

    Katarzyna Iskrzak
    koma7@buziaczek.pl

    OdpowiedzUsuń
  32. Hej :-)
    Moim zdaniem , najlepsze gofry na świecie są w samiusieńkim Helu . A w tym roku miałam doskonałą okazję się o tym przekonać , gdyż przez cały lipiec pracowałam sprzedając helskie gofry . Spotkałam milion wspaniałych ludzi , ale najlepiej wspominam nieograniczoną ilość zjedzonych gofrów . Jadłam już chyba wszystkie możliwe mieszanki , najwspanialsze były z Nutellą, kokosem i malinami !
    Ale co innego też jeść , a co robić takie pyszności . Nie wiedziałam , że jest to całkiem ciężka praca . Ale poradziłam sobie i jestem przekonana , że za rok na pewno wrócę na Hel , by sprzedawać ludziom gofry !

    Lidia
    ( lidia_nka@o2.pl )

    OdpowiedzUsuń
  33. Nadbaltyckie Gofry - Uniescie 2010

    To wlasnie gofry sa jedynym wspolnym elementem moim i mojego Sfagra. Nie znosimy sie, mamy alergie na siebie wzajemnie, a w tym roku wypadl nam tygodniowy urlop wspolnie z naszymi polowkami i rodzicami/tesciami... no coz, postanowilam zacisnac zeby i spedzic urlop bez awantur... udawalo sie az... az oboje usiedlismy do gofra z bita smietana, jagodami i polewa czekoladowa. Siedlismy we dwoje, wgryzlismy sie w swiezutko upieczone gofry i problem naszej neizgody znikl. Pyszotka, oboje umorusani bita smietana i czekoladowa polewa smialismy sie do bolu brzucha i od tego momentu problem klotni przestal istniec. Super! najlepsze gofry na swiecie :-)

    Paulina

    paulinah81@yahoo.co.uk

    OdpowiedzUsuń
  34. N - nad Bałtykiem, a dokładniej We Władysławowie
    A - apetycznie wyglądające
    J - jedzone tylko w towarzystwie mojego chłopaka
    L - lub ewentualnie mojej psiapsióły
    E - eksplodujące cukiereczki myszą być na wierzchu
    P - palce lizać
    S - spływa ślinka na ich widok
    Z - zasypane borówkami
    E - ewentualnie truskawkami

    G - gruuuuby musi być
    O - obflity w bitą śmietanę
    F - fantazyjnie udekorowany
    R - radość towarzyszy jedzeniu jego
    Y - yyy... i odejmuje mi mowę po jego spróbowaniu

    joannas1
    joanna-sulej@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  35. Jak gofry to tylko w Kazimierzu Dolnym ! W tak pięknym otoczeniu gofry smakują wspaniale ! Klimat tego miejsca sprawia, ze gofry są tam najsmaczniejsze na świecie.

    m_hreszczyk
    m_hreszczyk@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  36. Może i jestem jakimś dziwadłem, ale nigdy nie przepadałam za goframi. Jako dziecko nie lubiłam ich, ponieważ mama zawsze kupowała mi suche bez cukru, bez polewy. Były twarde i zimne :(
    Druga moja przygoda z goframi miała miejsce już w gimnazjum. Będąc na wagarach ze znajomymi namówili mnie na gofry. Dla odmiany kupiłam sobie z polewą truskawkową i bitą śmietaną, by wkońcu zobaczyć, dlaczego wszyscy tak to chwalą.. i znów klapa. Ja jako niezdara oczywiście musiałam się cała wybrudzić i zniszczyłam swoją nową bluzkę:p a letni wiatr zwiewał moje kosmyki wprost do owocowego sosu. Od tamtej pory obiecałąm sobie - żadnych gofrów! ALE..

    w ubiegłoroczne wakacje pokłóciłam się dosyć poważnie z przyjaciółką. Nie odzywałyśmy się do siebie długi czas, ale wkrótce zaczęło nam siebie brakować, dlatego D zaprosiła mnie do siebie na poważną rozmowę. Skończyło się na tym, że pogodziłyśmy się a na ukonorowanie tego wydarzenia D zrobiła mnóstwo gofrów. Właśnie takich serduszek, były ciepłe, miękkie i lekko chrupiące. do tego rozpuszczona czekolada.. mmm palce lizać. Były to najlepsze gofry jakie jadłam.;) Założyłyśmy się o to która z nas więcej zje. Przegrana miała przyjść w pierwszy dzień roku szkolnego z włosami pokarbowanymi gofrownicą:D tak się stało, iż moja przyjaciółka przegrała i wszyscy znajomi ujrzeli ją w pokarbowanych włosach. Otrzymała wówczas przydomek Goofferek i korzysta z niego po dziś dzień ;)

    Tak więc gofry dzięki Dorotce kojarzą mi się wyłącznie z miłymi chwilami ;)

    madiak@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  37. Najlepsze gofry to te, które zjadamy na wakacjach!

    Mieszkam i pracuję w Hiszpanii. Ciężko pracuję, w polu przy zbiorach by w wakacje móc podróżować. Podróżować głownie po Hiszpanii i Portugalii. Uwielbiam poznawać i odkrywać nowe miasta ,zabytki. I oczywiście wszystko co ciekawe fotografować. Santaigo de Compostella, Sewilla, Granada, Leon ,Salamanka, Caceres, Ayamonte, Montserrat, Santiponce, Gibraltar, Belem to tylko niektóre miejscowości które już udało mi się zwiedzić. I w Portugalii Sintra , Cabo de Roca , Lizbona, Almada, Nazare, Fatima, Batalha, Tomar, Alcobaca i wiele, wiele innych cudownych miejsc.
    Podróżując często wstępuję do miejscowych kawiarenek, barów, restauracji by zjeść obiad czy po prostu na kawę.
    Po miesiącach intensywnego podróżowania trafiam w końcu do domu. Domu gdzie mama chce konkurować z tymi wszystkimi hiszpańskimi i portugalskimi smakołykami. Więc na kolacje bardzo często serwuje mi gofry. Takie po prostu z czekoladą, owocami czy tylko z cukrem pudrem, bita śmietaną, albo po prostu z domową konfiturą( do dżemu ze śliwek dodaje kakao ). Uwielbiam jeszcze takie ciepłe, puszyste, chrupiące …
    Wszystkie te andaluzyjskie przysmaki które uwielbiam najbardziej nie dorównają smakowi gofrów mojej mamy. Do spulchnia ciasta moja mam dodaje wodę gazowaną. Jestem w stanie zjeść nieokreśloną ilość. Przyjemności nie ma co sobie odmawiać. A te gofry mam okazje jeść tylko raz do roku, więc należy się objeść ile tylko się da.
    Pozdrawiam Was Serdecznie i zapraszam na moje galerie
    http://picasaweb.google.pl/edytamalwina
    http://picasaweb.google.pl/leditha
    http://picasaweb.google.pl/editha86m

    Edyta
    edytamalwina@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  38. A ja powiadam nikt nie robi tak smacznych gofrów jak moja mama.
    Dzięki niej zdobyłam obecną żonę. Przygoda niesamowita, pomagałem mamie je przyrządzać i zatrzymał się samochód. Wysiadła długonoga piękność , zażyczyła sobie gofra z bitą śmietanką owocami i czekoladą, tak jej posmakował że początkowo przyjeżdżała minimum raz w tygodniu( a mieszkała 30 km dalej) zasmakowała w gofrach i jakimś cudem obecnie jesteśmy szczęśliwym małżeństwem.
    Ależ musiały być smaczne.
    ryswys@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  39. Gofry zawsze kojarzyć mi się będą z moimi studenckimi wakacjami w przepięknym starym uniwersyteckim mieście Louvain w Belgii. Wstyd się przyznać ale zanim do tej Belgii pojechałam to niewiele o niej wiedziałam. Ale za to kiedy zamieszkałam w maleńkim pokoiku, w kamieniczce tuż przy runku, stałam się ekspertem w sprawach tego maleńkiego, w porównaniu z naszym, kraju. A za sprawą wspólnej kuchni poznałam tajniki wszystkich belgijskich przysmaków – niesamowitego piwa, w ponad 100 gatunkach, małży z frytkami (moules et fritesť), frytek z …majonezem, belgijskiej czekolady i … GOFRÓW. Belgia to królestwo gofrów. W każdym mieście robią je trochę inaczej. Są mniej słodkie niż u nas. Czasami pieczone na drożdżach, czasami z ciemnym cukrem. Na każdym kroku stoją budki z goframi ozdabianymi na milion sposobów – dżemami, bitą śmietaną, polewami owocowymi, owocami, czekoladą. Najbardziej widoczne latem były te z truskawkami i bitą śmietaną. Do Belgii warto się wybrać dla takich gofrów bo smakują zupełnie inaczej niż te na deptaku w Ustce.
    A teraz moja belgijska gofrowa historia…
    Na imię miał Nathan i miał najbardziej niebieskie oczy jakie widziałam w życiu. Mieszkał w tej samej kamienicy, studiował i pracował w pobliskiej kawiarence. Nie wiadomo kto komu pierwszy wpadł w oko ale po kilku dniach podejrzanie często zaczęliśmy się widywać we wspólnej kamieniczkowej kuchni. Ja nie grzeszę zdolnościami kulinarnymi więc najczęściej gotowałam kukurydzę ale Nathan miał do gotowania dar. Od słowa do słowa, od spojrzenia do muśnięcia rąk … i wkrótce stałam się główną pożeraczką jego dzieł kulinarnych. Głównie GOFRÓW. W kuchni stała stara wielka maszynka do robienia ośmiu serduszkowych gofrów na raz. I tymi serduszkami Nathan podbijał moje serce co dzień rano. Kiedy otwierałam oczy, na nocnym stoliku stał talerzyk, a na nim codziennie inaczej ozdobiony serduszkowy gofr i moje ulubione latte. To były cudowne, pachnące ciepłym ciastem wakacje. Do dzisiaj mam szczególny sentyment do tego kraju a gofry w kształcie serc przypominają mi romantycznego, błękitnookiego belgijskiego chłopaka – wakacyjną miłość.
    m4b@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  40. Jedno spojrzenie,
    Jedno chrupniecie,
    Jedno marzenie...
    Takie małe,
    takie piękne,
    tylko moje...
    goferek z nadmorskiej miejscowości Chłopy.Wprost rozpływa sie w ustach.Ma niesamowity smak i aromat.Pobudza zmysły i krwi krążenie a smak wyborny ma jak marzenie.

    OdpowiedzUsuń
  41. Jedno spojrzenie,
    Jedno chrupniecie,
    Jedno marzenie...
    Takie małe,
    takie piękne,
    tylko moje...
    goferek z nadmorskiej miejscowości Chłopy.Wprost rozpływa sie w ustach.Ma niesamowity smak i aromat.Pobudza zmysły i krwi krążenie a smak wyborny ma jak marzenie.

    dzeron@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  42. W mojej tak dużej rodzinie nigdy nie jestem w stanie przewidzieć co się wydarzy kolejnego dnia, a zaplanowanie rodzinnych wakacji to już doprawdy zadanie ekstremalnie trudne.
    Jednak w zeszłym roku (lato 2009) doszliśmy do wspólnego rodzinnego wniosku, że takie prawdziwe wakacje jakich nie mięliśmy od lat po prostu nam się należą. Hasło mięliśmy jedno : „wymarzone wakacje”, ale realizację każdy widział inaczej. Najstarszy dziewiętnastoletni Łukasz od razu postawił sprawę jasno : wybiera się z kumplami w góry, bo po roku studiów musi odpocząć tak jak lubi. I tym sposobem wypisał się z listy wspólnego wyjazdu. A inni… Ja chciałam na ciepłą plaże, mąż nad jezioro, gdzie biorą rybki, Staś(16 lat) na obóz sportowy, Józek (14) na wieś do dziadka, Piotr (12) obóz z nauką jazdy konnej, a Tomek (8), Dorotka (6) i Franek (2) wszędzie byle z rodzicami.
    Po długich i burzliwych naradach wynajęłam domek w niewielkiej wiosce Balatonfenyves nad Balatonem.
    Przygotowania do wyjazdu nie napawały optymizmem, bo znowu każdy inaczej widział swoje potrzeby w wyborze rzeczy do zabrania. Nasz samochód chociaż bardzo duży i pojemny to jednak zabrać może tylko określoną liczbę osób i pakunków. Pełna przerażenia spakowałam jakimś cudem potrzebne rzeczy i pozwoliłam każdemu na wzięcie kilku drobiazgów tylko dla siebie. Góra bagaży była tak wielka, że wydawało mi się zupełnie niemożliwe zapakowanie tego wszystkiego. Ale dzięki inżynierskiemu podejściu mojego męża wszystko przebiegło sprawnie.
    W Balatonfenyves odnaleźliśmy swój maleńki, otoczony kwiatami domek.
    Balaton okazał się cudowny, niezbyt głęboka , ciepła woda – raj dla wszystkich i nawet z możliwością łowienia ryb .
    Oprócz plażowania znaleźliśmy też inne atrakcje. Nad samą wodą moc budek z jedzeniowymi pysznościami, a wśród nich węgierskie specjalności: placki langoszi, naleśniki plascinki i gofry. My wielbiciele słodkości wpadliśmy jak „ śliwki w kompot”- jedliśmy gofry ze wszystkimi możliwymi dodatkami poczynając od cukru (także brązowego, grubego) poprzez bitą śmietanę , świeże owoce, czekoladę, różnego rodzaju kolorowe posypki, a nawet masło orzechowe. Z czasem okazało się, że suche, gorące gofry są idealnym składnikiem naszych śniadań. Jedliśmy je także na wielu wycieczkach i muszę powiedzieć, że ich smak jest niezapomniany.
    Przeżyliśmy także trudne momenty np. gdy po całym dniu pobytu na słońcu wróciliśmy do nagrzanego do niemożliwości samochodu ten nie chciał zapalić. Błyskawiczna decyzja, dzielimy się na dwie grupy: ja z młodszymi idę na gofry, mąż ze starszymi szukają mechanika. Nie wiem w jaki sposób mój mąż porozumiał się z mówiącym jedynie po węgiersku mechanikiem, ale ten błyskawicznie znalazł przyczynę problemu, naprawił, a na dodatek nie chciał pieniędzy.
    Innego dnia Franek wysoko zagorączkował i bardzo wymiotował, nasi gospodarze wytłumaczyli nam, że w miasteczku obok jest pogotowie i że musimy poprosić o pomoc „gerekorvos”tj. pediatrę. Szóstka dzieci została sama w domu, a ja z mężem i chorym Franiem pojechaliśmy do lekarz. W izbie przyjęć powiedziałam „gerekorvos” z tak pięknym akcentem, że przyjmująca pani natychmiast wygłosiła do mnie długą przemowę – tyle, że po węgiersku. Dopiero po chwili dotarło do niej, że jesteśmy obcokrajowcami i powtórzyła wszystko po angielsku. Otrzymaliśmy serdeczną pomoc, a choroba okazała się trzydniówką. Po powrocie do domu zastaliśmy wszystkie dzieci grzecznie się bawiące, już w piżamach, a na stole czekała na nas kolacja w postaci gofrów z dodatkami jakie każde z nas lubiło najbardziej.
    Po co to wszystko piszę? Bo to były naprawdę wymarzone wakacje. Mimo, że nasza codzienność bywa różna , kłócimy się, jesteśmy bałaganiarzami i każdy „ciągnie w swoją stronę” to w czasie wspólnych wakacji, gdy mięliśmy dla siebie dużo czasu okazało się, że jesteśmy zgraną rodziną, mamy podobne upodobania jedzeniowe i że możemy na siebie liczyć. To było ważne i cudowne odkrycie, dające siłę na kolejny rok.
    dagstar@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  43. Moja mała miłość do gofrów zaczęła się około 35 tygodni temu. Wstałam rano do pracy, dzień jak co dzień. Mycie zębów, kawa, gazeta, marynarka. Za oknem zaspy śniegu, samochód odpalony (brr jak zimno)... W końcu się zebrałam i ruszyłam w trasę. Dzień zapowiadał się ciężki, ja od rana jakaś nie w sosie, ważna prezentacja przed klientami i ten ŚNIEG !!! Dojechałam na umówione spotkanie (duża sieć handlowa) przed czasem, więc czas na kawę. Otworzyły się drzwi ruchome i uderzył mnie zapach gofrów, takich świeżych, ciepłych. Coś we mnie drgnęło i jak w transie podążyłam za ich zapachem. Kiedy dotarłam na miejsce automatycznie zamówiłam dwa gofry z frużeliną, zjadłam... domówiłam kolejnego... Cały dzień czułam zapach i smak tych gofrów, nie mogłam się opędzić.
    Po 2 dniach okazało się, że pod moim sercem noszę drugie serduszko :) To moja malutka istotka domagała się gofrów i domaga się przy każdej okazji !!! Mąż nazywa nas "goferkami" :) Dzisiaj zaczął się 39 tydzień i czekamy na rozwiązanie. Ja nadal będę wcinać gofry a Zuzia będzie musiała poczekać chociaż 6 miesięcy :)

    OdpowiedzUsuń
  44. Bardzo ciekawa historia związana z goframi przydarzyła mi się w Brukseli. Podczas pobytu w tym właśnie mieście wspólnie ze znajomymi postanowiliśmy posmakować tutejszych gofrów. W tym celu udaliśmy się do pobliskiej budki, w której można było kupić różnego rodzaju desery. Zamówiliśmy gofry z bitą śmietaną i owocami. Starsza kobieta, która nas obsługiwała, podając nam zamówione gofry dodała: „Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Gofra!”(oczywiście nie powiedziała tego po polsku;) Bardzo się zdziwiliśmy słysząc te słowa. Prędko spytaliśmy co to za święto , o którym nigdy wcześniej nie słyszeliśmy. Kobieta opowiedziała nam wówczas, że w istocie jest to święto kościelne. Zwróćcie uwagę, że 25 marca to dziewięć miesięcy przed Bożym Narodzeniem. Dzień gofra jest pamiątką powiadomienia przez Gabriela Maryi o jej stanie błogosławionym. Sprzedawczyni powiedziała nam, że w Szwecji, skąd pochodzi jej mąż, to święto jest huczniej obchodzone. Mianowicie we wszystkich domach przygotowuje się gofry, a sprzedawcy, w każdym sklepie częstują tym przysmakiem swoich klientów. W Brukseli Dzień Gofra nie jest aż tak celebrowany, a szkoda.. A co do naszych gofrów z bitą śmietaną i owocami to były NIEZIEMSKO PYSZNE!!!

    Pozdrawiam, Sylwia.
    sylwiagrzechowiak@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  45. a my w sierpniu odwiedzilismy moja babcie, ktora na kolacje usmazyla nam gofry na takiej starej gofrownicy w serduszka na kuchni weglowej.... mmm z konfiturami domowej roboty po prostu bezcenne!
    Joanna Borkowska
    kaktusp@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  46. Te apetyczne chrupiące, GORĄCE SŁODZIULKI,
    same wpadają do dziurki :):):)
    jemy je zazwyczaj na wakacjach,
    lub przy innych atrakcjach,
    jakże chętnie, zawsze i o każdej porze,
    któż oprzeć się im może,
    kiedy wyglądają jak, KRÓLEWSKIE DANIE z bajecznymi dodatkami,
    śmietankową pierzynką,
    ozdobione kolorową malinką,
    jagódką lub inną smakowitą ozdóbką, :):):)
    gdy konsumujemy te APETYCZNE GOFERKI,
    endorfinki nam się wytwarzają,
    bo wszyscy po prostu je kochają !!!!!!!!!!!!
    Jola
    jola140@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  47. Zapomniałam o mailu:) anna.ptaszynska81@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  48. Gofrownica potrzebna OD ZARAZ!!!
    Obiecałam dzieciakom że będą...chrupiące,pachnące,bitą śmietaną i konfiturą kapiące...ale sprzęt nie zechciał współpracować(po tylu wspólnych latach gofrowania)
    Dzieciakom aż łzy się w oku zakręciły...i co?No i zrobiłam obchód po sąsiadach,myśląc że w każdym domu jest gofrownica.Nie ma!Już się poddałam ale jeszcze w jedne drzwi zastukałam.Starowinka wiekowa ,Babcia Walusiowa,drzwi otworzyła i zabytkową gofrownicę wręczyła.Na gofry kobietę zaprosiłam. Gofry zyskały smak nowy,z tajemnym przepisem Babci Walusiowej.
    Pozdrawiam savojka

    adres mail: savojka@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  49. Gofry- najlepszy desre na świecie, sami to powiecie.
    Puszyste ciasto z odrobiną mleka sprawia, ze cczas wolniej ucieka.
    Od dawna mi się marzył,taki gofr, od wiejskich gospodarzy.
    W końcu trafiłam na gospodarstwo eko i spróbowałam cudownych gofrów, od wiejskich zawodowców.
    Zrobione z naturalnych składników, nie żadna chemia, która całkowicie smak zmienia.
    Chrupiące ciasto i bita śmietana, to najlepsze śniadanie z rana.
    Z każdym kęsem, lekkość i błogość, to jest fakt, że sprawił to, ten wyjątkowy smak.
    Rozmarzyłam się na chwilę i dostrzegłam trzy motyle.
    Przyciągnął ich pewnie, zapach ciasta i wspaniała lukrowana omasta.
    Jeśli chcesz mieć podobne doznania i to małym kosztem, jest to bardzo proste.
    Jedż do gospodarstwa eko, w którym jest nie tylko zdrowe mleko, ale i przepyszne gofry.
    Kto raz zasmakuje, napewno nie pożałuje
    casablanca12@wp.pl
    Olga Matyja

    OdpowiedzUsuń
  50. Witam.

    Ciepłe lato kilka lat temu. Plaża nad morzem w Mielnie. Zachód słońca a mój mężczyzna "Może goferka?" Odpowiedź była oczywista "Jasne!"

    Chwila nieobecności i wraca z pysznym gofrem z bita śmietaną i brzoskwinkami.

    "Smacznego kochanie" powiedził. Ja się wgryzłam a tam niespodzianka :) pierścionek. Mój mężczyzna nie wiedział jak gdzie i kiedy i wadł na tak genialny pomysł...

    Teraz jesteśmy mężem i żonką, a na tegorocze wakacje do Mielna zabraliśmy naszego 4-latniego synka i 5-miesięczną córeczkę. Oczywiście gofry na plaży przy zachodzie słońca są obowiązkowe.


    Samych smacznych wspomniej z goferkami ....

    No i teraz mam na nie ochote... niestety musiałabym jechac 600km :(

    schyska
    schyska@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  51. W sklepikach nadmorskich sprzedają najczęściej te o tradycyjnym kształcie. I takie pojawiają się w mojej wyobraźni, gdy pomyślę słowo "gofry".
    4 na 5 złocistych zagłębień.
    Dwadzieścia słonecznych kęsów.
    Pierwszy pachnie najmocniej. Przy drugim wciągam bitą śmietanę. Trzeci ma posmak świeżej truskawki. Po czwartym oblizuję ubrudzone usta. Piąty kęs jest niecierpliwy. Szósty, siódmy i ósmy zachłanne. Przy dziewiątym czuję totalną słodycz, a dziesiąty to euforia smaku. Jedenasty brudzi mi nos na biało. Dwunastym zapycham się na chwilę, ale przy trzynastym przegryzam kolejną truskawkę, przełykam całość i dopełniam czternastym. Piętnasty kęs chrupie, a szesnasty rozpływa się w ustach. Siedemnasty wchodzi wolniej, ale daję radę. Po osiemnastym wycieram brodę i zastanawiam się, jak to możliwe, że już koniec. Więc dziewiętnastym się delektuję, a po dwudziestym dokładnie oblizuję palce...

    ;))
    Pozdrawiam
    ble135@poczta.fm

    OdpowiedzUsuń
  52. ach te wspomnienia...nie wiem czy były to wakacje ale dla mnie na pewno bo jeszcze do szkoły nie chodziłam. mieszkałam w małym miasteczku co dużo było dzieciarni w moim wieku. zabawa od rana do nocy... pewnego razu bawiliśmy się w "kible". Dziwna zabawa coś na zasadzie policjantów i złodziei- dwa obozy... jak drużyna ścigaczy złapała ofiarę zamykała ją w tzw. "kiblu". Był to naprawdę klozet, który stał na terenie weterynarii ale na szczęście raczej nie używany... :) ofiara musiała tam siedzieć dłuższy czas.
    Bawiliśmy się w to kiedy zostałam zawołana do domu na chwilę. Dostałam od siostry właśnie takie serduszkowe gofry co na obrazku. Wyszłam z bloku i zostałam złapana...na szczęscie korupcja istniała i pewnie będzie istnieć bo mój ścigacz dał się namówić, że puści mnie jeśli dostanie pysznego gofra...
    ale sie cieszyłam :) pewnie z pół dnia siedziałabym w tym kiblu...a że byłam jeszcze mała to pewnie bym w końcu się popłakała bo tak właśnie robiły młodsze dzieciaki...niestety nic to nie dawało i trzeba było tam sidzieć...
    ale gofry mnie uratowały!!! mniam mniam- zjadłabym takie serducha z bitą śmietaną i dzemem malinowym ale nie mam gofrownicy...
    w kible też bym się pobawiła ale mam ze 20 lat więcej niż wtedy i chyba już mi nie wypada :)
    pozdrawiam
    Małgosia
    mp2223@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  53. najlepsze gofry, jakie zrobiłam, to były te na włosach
    bo jadalne, to mi nigdy nie wychodziły
    zawsze miękkie, jak placki ziemniaczane ;))))

    (nie, nie, nie konkursowo; ot, tak tylko :D)

    OdpowiedzUsuń
  54. Gofry to była jedna z tych potraw, które nieodłącznie kojarzyły się z urlopem i chcąc nie chcąc budziły pozytywne odczucia. Sprawiały, że na sercu robiło się cieplej, wszystkie mięśnie się rozluźniały, stres odpływał w niepamięć. Pierwszy kęs był jak... krok ku wolności. Dlatego właśnie, gdy wyszłam z gabinetu szefa zasmarkana, zapłakana i z podkrążonymi oczami, chwilę po tym jak pierwszy raz w życiu zostałam zwolniona z powodu cięcia kosztów, tupnęłam nogą. Chwila! Przecież i tak nie lubiłam tej pracy! I tak marzyłam o tym by ją rzucić! Stać mnie przecież na więcej! W końcu będę... WOLNA! I ta myśl o wolności sprawiła, że otarłam łzy, wydmuchałam nos i... pierwszy raz w życiu zrobiłam domowe gofry. Przyznać się muszę, że dopiero po kilku waflach z truskawkami dotarła do mnie zależność między moim pełnym brzuchem a uczuciem spełnienia, ale wierzcie mi - wolność ma smak gofrów z truskawkową marmoladą! :)

    OdpowiedzUsuń
  55. GOFRY-niby nic takiego , zwykła, mała,słodka przekąska -a jednak ,to coś o wiele więcej -dla mnie to najpiękniejsze chwile w życiu , to symbol wielkiej cudownej miłości.Posłuchajcie:
    Mężczyznę moich marzeń pierwszy raz zobaczyłam przy budce z goframi.Z wielkim apetytem zajadał puszystego, napakowanego po brzegi gofra. Był
    jednak problem: on był tam , ja po drugiej stronie w autobusie.
    Jednak gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały już wiedziałam, że "to
    właśnie ten jedyny". Ale co miałam zrobić?! Nie mogłam przecież wysiąść, ani też zatrzymać autobusu! Wróciłam więc do domu i zaczęłam kombinować. W końcu postanowiłam, że przez najbliższy tydzień mniej więcej o tej samej porze, będę kręciła się w okolicy budki by przeczesywać teren w wzdłuż i wszerz, by Go znaleźć! Zadzwoniłam do pracy, nakłamałam i powiedziałam że muszę wziąć pilnie tydzień wolnego.
    Rozpoczęłam moje codzienne wędrówki: jeździłam autobusem,
    wysiadałam i kręciłam się po okolicy. Niestety,
    nigdzie go nie było. Wtedy wpadłam na świetny pomysł. Rozwiesiłam na
    budce beznadziejne ogłoszenie: "Cześć jestem Lilka, to moje
    zdjęcie, jeśli widziałeś mnie wtedy w autobusie a ja Ciebie z gofrem w ręku to zadzwoń!" Numer telefonu też oczywiście podałam. Generalnie nie wiem czego się spodziewałam . Codziennie dostawałam po kilka głupich sms-ów, było też parę głuchych telefonów od niedojrzałej młodzieży i nic poza
    tym. Nie zamierzałam się jednak poddać! Nie uwierzycie , ale ponownie
    wzięłam kolejne 2 tygodnie urlopu! I przez dwa następne tygodnie kręciłam się przy gofrach ( wzbudzając tym samym podejrzenie sprzedawczyni ) w nadziei, że to może właśnie dziś. Aż w końcu, zobaczyłam go! Serce zaczęło walić mi jak oszalałe, ręce drżały -właśnie podchodził do budki .Ale
    odważyłam się podejść. Moje "cześć" było tak niemrawe, że dopiero za
    czwartym razem je usłyszał. Uśmiechnął się, odsłaniając śnieżno białe
    zęby i odpowiedział! Zaczęliśmy rozmawiać,zaproponował gofra , później kawę. Tak mija już 2 rok odkąd jesteśmy razem, teraz oboje chodzimy do budki na gofry -cudowne , pachnące gofry, które połączyły dwa serca w wielkiej wspaniałej miłosci --DZIEKUJE WAM ZA TO.


    kliwia42@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  56. Za studenckich czasów kiedy niemal każdy „studencki” sprzęt agd przywieziony z domu pamiętał jeszcze lata naszych urodzin, gofry przyrządzaliśmy w gofrownicy kolegi. Był to sprzęt ciężki, dużych gabarytów ale o mocy lepszej niż w niejednej gofrownicy z wyższej półki w media markt. Zabytek ten bardzo niestylowy produkował najlepsze w świecie domowe gofry. Dobrze wypieczone (nie mylić z spalone :)), chrupiące i jednocześnie nie za słodkie (zaleta babcinego przepisu kolegi załączonego do gofrowego ustrojstwa). Pewnej soboty kiedy to w mieszkaniu zapanowała ochota na gofry zamieszaliśmy ciasto w garach, w misce ubito śmietanę (za czasów studenckich nie kupowało się gotowych pojemników), starto na tarce gorzką czekoladę (której nikt nie lubił i tylko dlatego była w szafce) i w mieszkaniu pojawił się przyjemny zapach gofrów. Ponieważ z jednego wypieku wychodziły 2 prostokątne gofry, a liczba mieszkańców wynosiła 5 + kot, na pierwszy rzut gofrów czekaliśmy wszyscy by razem zainaugurować gofrową sobotę. Niestety nikt z nas nie dopilnował miski z bitą śmietaną, która stała na kredensie między mąką a mlekiem, a którą to zaopiekowała się Malina (kot). Pierwsze gofry były więc z cukrem pudrem i czekoladą, a przy następnym gofrowym dniu wszyscy pamiętali by bitą śmietanę chować do lodówki. Gofrowe ustrojstwo po studiach zabrał ze sobą kolega i nie pozwolił żonie wyrzucić by kupić nową pasującą do eleganckiej zaprojektowanej przez architekta kuchni :)

    OdpowiedzUsuń
  57. Gofry to rzecz wyśmienita,
    a gdy ktoś mnie zawsze pyta,
    gdzie serwują najpyszniejsze
    (choćby wcale nie największe),
    bez namysłu odpowiadam,
    że najchętniej się zajadam
    tym wspaniałym smakołykiem
    nie gdzie indziej- nad Bałtykiem!
    W te wakacje też tak było,
    słońce pięknie nam świeciło,
    woda ciepła niebywale,
    wszystko super, jedno "ale"...
    przydałby się podwieczorek,
    by cudowny był humorek.
    Więc nie tracąc nawet chwili
    poszliśmy gdzie nam stworzyli
    kulinarne arcydzieła.
    Ślinka sama popłynęła,
    gdy przynieśli nam te cuda.
    Nie wiem jak im się to zawsze uda,
    że ich gofry (choćby suchy)
    rozpieszczają ludziom brzuchy.;)


    krzysiekradzyn@onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  58. Gofry najlepiej smakują nad Soliną!!! Ja jako matka polka latająca za dwójką dzieciaków i słuchająca mamaooo...mamooo... kup mi gofra wyjmuje pieniądze, płacę i widzę radość i zadowolenie w tych dwóch kochanych umorusanych po pachy urwisach! Nagle...potknięcie bita śmietana tak pyszna na tamtych gofrach ląduje na ulicy a owoce na buziaku malucha, a ja co widzę? Dziecko liżące bitą śmietanę z ulicy... no mamo przecież to jest takie pyszne... Po prostu pełen odjazd:) Chodz maluchu dostaniesz drugiego pysznego gofra a jak chcesz to jeszcze i trzeciego!!! To szczęście w oczkach bezcenne!!!

    skarb211@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  59. Gofry ze sczyptą miłości...

    Uwielbiam gofry i to przez cały rok !!! Moje wielkie uczucie do tego chrupkiego przysmaku zafundowało mi przygodę życia. A było to tak..Lato, wakacje w małej nadmorskiej miejscowości,a ja jak codzień po każdym wieczornym spacerku pędziłam do budki z goframi .Lubowałam sie szczególnie w tych z bitą śmietaną i owocami.Pewnego razu gdy już miałam wgryżć się w mój ulubiony deser , ktoś wpadł na mnie i cały przysmak wylądował na mojej bluzce...Wszyscy wpatrywali się we mnie , gdy tak stałam umazana bitą śmietaną jak mały berbeć. Wtedy to sprawca całego zamieszania,niebieskooki brunet podał mi chusteczkę i powiedział- "Naprawdę strasznie mi przykro, zaraz odkupię Pani gofra". Tak też i zrobił ,a póżniej zaproponował spacer i tak zaczęła się nasza znajomość która po pewnym czasie zamieniła się w miłość - a to uczucie mimo upływu czasu łączy nas mocno nadal,po dzisiejszy dzień.Do dziś śmiejemy się razem na wspomnienie tego , jak się poznaliśmy a ja nadal uwielbiam gofry z bitą śmietaną- bo przecież to właśnie dzięki nim poznałam mojego cudownego męża ...
    ryglusia@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  60. Gofry od Przyjaciela.

    A mi zdarzyła się taka oto przygoda. Mam przyjaciela w Poznaniu a ja mieszkam w Lublinie. Pewnego dnia rozmawiając na gg zapytałem go co porabiają wraz z rodzinką. Kiedy odpowiedział, że gofry, odpisałem - JA TEŻ CHCĘ i dołączyłem chyba 10 wykrzykników. Zapachniało goframi w mojej głowie :-)
    Następnego dnia w godzinach popołudniowych zapukał do mych drzwi listonosz z paczką. Jakie było moje zdziwienie gdy po otworzeniu paczki w środku spostrzegłem dwa gofry.
    Wprawdzie odgrzewane, lecz smakowały z bitą śmietaną i jagodami niesamowicie. Na przyjaciół można zawsze liczyć :-)
    Janusz K.
    janooo@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  61. Może początek mojej wypowiedzi nie będzie zbytnio oryginalny, ale UWIELBIAM GOFRY. Odkąd pamiętam przepadam za wszystkim co słodkie, a więc każdy wyjazd, festyn czy inna okazja musi być przypieczętowana zjedzeniem tego smakołyka;) Jednak najlepsze gofry jakie w życiu jadłam to były te, które przyrządziliśmy wspólnie z moim mężczyzną:) Zaplanowaliśmy sobie miły, romantyczny wieczór we dwoje. Nie posiadam własnej gofrownicy więc musiałam ją pożyczyć od koleżanki. Zabawa przy przyrządzaniu gofrów bnyła przednia;) urządziliśmy sobie wojnę na mąkę;P:) ile było przy tym śmiechu:D.. Najbardziej w pamięci zapadł mi jednak sam efekt: pyszne, przypieczone gofry z kawałkami brzoskwiń, truskawek, ananasów, malin... mniam.. na to wszystko ogrom bitej śmietany..i cukierkowa posypka. To był niezapomniany wieczór. W tle paliły się pachnące świece a nastrojowa muzyka nadawała tej chwili magii. A my tacy szczęśliwi zajadaliśmy gofry i patrzyliśmy sobie w oczy. Świetny afrodyzjak polecam :)

    Ania

    annaciochon@tlen.pl

    OdpowiedzUsuń
  62. golcia20@poczta.onet.pl16 września 2010 14:07

    Całe moje życie to blok na typowym polskim osiedlu, a wakacje? Oczywiście też spędzane pod blokiem. Pamiętam, że mieliśmy zgraną paczkę, na którą składało się 2 chłopaków i 4 dziewczyny. Zawsze razem, wymyślaliśmy różne zabawy- dwa ognie, podchody oraz nasza ulubiona, czyli „misie- psotnisie”, która polegała na niewinnych żartach robionych innym naszym sąsiadom takim jak: pukanie do drzwi i uciekanie, wrzucanie różnych rzeczy na balkony itd. Pewnego dnia wymyśliliśmy, aby podmieniać wycieraczki- jak wymyśliliśmy tak też zrobiliśmy. Jak szaleni biegaliśmy z tymi wycieraczkami po schodach i między klatkami…
    To, co stało się tamtego dnia… Ten obraz na zawsze będę mieć w pamięci- reszta mojej bandy namówiła mnie, by podmienić wycieraczkę u starszej pani, a raczej jak ją wówczas nazywaliśmy starej wiedźmy, która mieszkała na parterze pod numerem 12. Nikt jej nie odwiedzał, stroniła od sąsiadów no i miała czarnego kota- nazywaliśmy go Lucyfer- to nam oczywiście wystarczyło, aby mieć pewność, z kim mamy do czynienia :). Wracając do owego dnia- namówiona przez resztę z suchością w ustach i ściśniętym żołądkiem kucnęłam, by dokonać podmiany, a wtedy drzwi od jej domu otworzyły się i zobaczyłam ją… Jej siwe włosy były nastroszone jak kogucie piórka, czarny kot miauczał na jej rękach, a za nią unosiła się szara mgła, dziwne zapachy docierały do moich nozdrzy i pomyślałam wtedy, że oto ja jestem ostatnim składnikiem do jej tajemnej mikstury…
    Mój krzyk jak mniemam powodował, że szklane przedmioty w całej klatce pękały jak bańki mydlane :). Kot się wystraszył skoczył na stojący obok wiedźmy stolik, przewrócił dzbanek z czerwoną cieczą, którą wtedy dla mnie bez wątpienia była krew…
    Tyle pamiętam, bo dalej to po prostu biegłam jak szalona, byle do domu, do mamy, nie dać się jej złapać i ugotować! Po opowiedzeniu całej historii mamie, nie mogłam zrozumieć, dlaczego ona mnie nie słucha tylko prowadzi nas do niej jak owieczki, na rzeż… Mama jednak była głucha na moje sprzeciwy i tak stanęłam wraz z nią przed drzwiami wiedźmy- drugi już raz tego dnia. Drzwi się otworzyły, a ja wbiłam jedynie ślepy, przerażony wzrok w moją mamę i wtedy zobaczyłam ten uśmiech… Pełen ciepła, przeprosin, trochę niewinny- taki jak mój, gdy starałam się o skrócenie kary… Nieśmiało zerknęłam na wiedźmę i ku mojemu zdziwieniu- ten maminy uśmiech został odwzajemniony. Zostałyśmy zaproszone na herbatkę, przez jak się później okazało miłą starszą panią, która przez niespełnioną miłość została starą panną, która ma czarnego kotka o imieniu Węgielek… „Stara wiedźma” miała nastroszone piórka tylko, dlatego, że właśnie drzemała, gdy obudziło ją moje szuranie pod drzwiami. Natomiast szara mgła okazała się być dymem, ponieważ, gdy „wiedźma” zasnęła to zapomniała o wstawionych gofrach, a świąd docierający do moich nozdrzy to właśnie była owa spalenizna, a nie mikstura ze szczura i paznokci. Rozlana ciecz to nie krew, a pyszny kompot truskawkowy, a „stara wiedźma” z pod 12 okazała się być moją przyszywaną Babcią Jadzią, która od tamtej pory już zawsze częstowała mnie tym kompotem i goframi z bitą śmietaną, gdy schodziłam dwa piętra niżej, aby ją odwiedzić :). Tamtego dnia zyskaliśmy nowego członka rodziny, a Babcia Jadzia? Wnuczkę, wnusię… i tysiące uśmiechów w podzięce za to, że po prostu jest! :)
    Nadal mieszkam w moim starym bloku, tyle, że już nie tylko z moją mamą, ale również z moją córeczką i mężem :). Jednak niestety pod 12-tką na parterze nie znajdę już Babci Jadzi, chociaż do tej pory łapię się na tym, że wchodząc do klatki kręcę nosem, by poczuć ten wspaniały, znajomy zapach. Zapach słodkiego dzieciństwa, zapach beztroskich wakacji, zapach gofrów Babci Jadzi...
    Dlatego chciałabym taką gofrownicę dla naszej rodzinki, by dzieciństwo i wakacje mojej córeczki pachniały równie słodko jak moje i miały smak gofrów z bitą śmietaną, a może do tego jakaś konfitura? Wszak moje maleństwo jest dla mnie niczym wisienka na torcie! :) Stworzyłabym swój własny przepis i nazwała go jak? Chyba już się domyślacie… „Gofry Babci Jadzi” :).

    Renata- golcia20@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  63. czy to w zimie, czy to w lecie,
    gofry to przysmaki najlepsze na świecie,
    ale przecież wy wszyscy o tym już dobrze wiecie!
    i u mnie tak właśnie przygoda się zaczęła,
    że pogoda w lecie czasem doskwiera,
    deszczyk kropił, pochmurno się zrobiło,
    ale oczywiście mnie to nie dobiło!
    wyjść na spacer mimo wszystko chciałam,
    bo na gofra wielką ochotę miałam.
    Parasolkę więc ze sobą zabrałam i pod
    gofrową budkę zawędrowałam.
    Co z tego, że pogoda nie taka
    jak zawsze na gofra można poderwać chłopaka?
    właśnie tam pod budką z lodami i goframi,
    kolegę spotkałam z kumplami.
    Na zaproszenie długo czekać nie musiałam,
    i zaraz przepysznego gofra otrzymałam!
    Z bitą śmietaną i truskawkami,
    cieszyłam się przez chwilę tymi smakami!

    Aneta aneth0@buziaczek.pl

    OdpowiedzUsuń
  64. Najlepsze gofry? Chyba te pierwsze. Wspomnienia już się troszkę rozmyły, ale pamięć o nich pozostała.
    Pamiętam, jako mała dziewczynka, ok 10 lat temu pojechałam z rodzicami i bratem nad morze do Ustronia. Pierwsze wakacje, pierwsze morze.
    To była niedziela, po spacerze mama zabrała nas do budki, gdzie sprzedawane były właśnie gofry. Ja jako niejadek, nie miałam ochoty na nic bardzo "wymyślnego", więc dostałam takiego z cukrem pudrem. Pamiętam, że początkowo nie wiedziałam, czy go lubię czy nie, ale w końcu uznałam, że chcę następnego. Minęło ok 13 lat od tamtego wydarzenia. Wyrosłam. Zjadłam dziesiątki gofrów w życiu, ale ostatnio nachodzą mnie tęskne myśli o tych gofrach z cukrem pudrem, których nigdy już później nie jadłam. Tak niepozornie stały się symbolem mojego pierwszego wakacyjnego wyjazdu.

    Karolina - karolcia313@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  65. Gofry! To jest genialny wynalazek - dla mnie tak bardzo kojarzący się z wakacjami nad Bałtykiem( idealna sprawa kiedy jest za zimno na lody- cwane biorąc pod uwagę polski klimat:) że gdziekolwiek i kiedykolwiek bym ich nie jadła natychmiast przechodzę na tryb : relaks (albo przynajmniej stosunkowo mniejsze zestresowanie:)
    Najlepsze? - w małym katalońskim miasteczku Badalonie. Prawdopodobnie zadecydowało totalne zadowolenie pt" ah wreszcie dogadałam się z Katalonką przecież ich język jest nie podobny do niczego! Nie ważne że ta konwersacja ograniczała się do zamówienia gofrów ZE WSZYYYYSTKIM. Siedząc na ławeczce umazana sosem z mlecznej czekolady, zrozumiałam o co w życiu chodzi!

    monika colonelle@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  66. Dla mnie gofry mają w sobie niepojętą treść, która sprawia, że się uśmiecham. Gofry jem często w dwóch skrajnych przypadkach: jak jestem szaleńczo szczęśliwa kiedy jest przy mnie osoba, która dzieli się ze mną miłością.Lub kiedy chce się zwinąć w kłębek i pogrążyć we łzach. Gofry są wspaniałe na uśmiech i PMS:) A najlepsze gofry jadłam w porcie w Kopenhadze, nie wiem czy były tak pyszne czy bardziej byłam szczęśliwa, że stoi przy mnie moja druga połowa. Ale ręcznie ubita śmietana ze świeżymy owocami na nierealnie pysznym gofrze to taniec smaków:)
    Sama nie wiem jaką magiczną tajemnicę mają w sobie gofry. Ale są dla mnie kawałkiem nieba i orgazmem zmysłu smaku:)
    Sesil

    cecylia6@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  67. Wakacyjne gofry z Zuchami :) górska wędrówka po szlakach i bezdrożach, na przełaj, przez łąki i chaszcze. Zuchy cierpliwie pytające:"Daleko jeszcze???" Mimo mapy, kompasu, orientacji w terenie szlak się nieco zagubił więc odpowiedź zawsze z szerokim uśmiechem :) Trudy zostały nagrodzone, Krynica zdobyta, zmęczone acz szczęśliwe zuchy w "bitej śmietanie" okraszone czym kto zamówił, najczęściej owocami i czekoladą na ciepłych chrupiących gofrach...błogostan w brzuszkach i na buziach...i tylko ciekawe dlaczego najbardziej umorusani tym gofrowym dobrodziejstwem byli dorośli :)
    aga agugug@poczta.fm

    OdpowiedzUsuń
  68. o jaaa...gofry z karwi, chyba 1998 rok...tak, 98! pierwsze i ostatnie wakacje z rodzicami i rodzenstwem. 3 tygodnie luzu i szczescia. i cieple gofry, z wielka iloscia najlepszej bitej smietany jaka jadlam w zyciu, kawalkami brzoskwin, ananasa, truskawek i nie pamietam czego jeszcze, polewa kapiaca po palcach, nogach, butach...do dzisiaj nie trafilam na lepsze gofry. i nie mialam lepszych wakacji, niz tamte.
    Kinga J.

    OdpowiedzUsuń
  69. Podobno wszystkie wielki miłości to te niespełnione. Od kilku lat jestem na diecie, nie jem słodyczy, chleba, ziemniaków, kasz, makaronów. Zapomniałam smak pizzy, popcornu, chipsów, nawet mnie do nich już nie ciągnie. Co z oczu/języka, to i z serca. Jedyny smak, który pamiętam z zakazanych pokarmów to gofry w mojej rodzinnej nadmorskiej miejscowości. Nieprzerwanie od siedemdziesięciu lat wyrabiane przez najlepszego w naszym mieście cukiernika. Idealne. Ani zbyt gumiaste, ani zbyt wysuszone, w sam raz słodkie. Te same od lat, które jadła moja babcia, zaraz po wojnie, moja mama, kiedy była dzieckiem, moja siostra i w końcu ja. Może kiedyś, kiedy los do mnie się uśmiechnie, kupię je mojemu dziecku, takie najlepsze, z cukrem pudrem, bez udziwnień i ono mi powie: mamo, te gofry są najlepsze na świecie.
    Pozdrawiam.
    dziwo@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  70. Tak to już jest, że chociaż ważne są dla nas własne przyjemności, to najwięcej radości daje nam to, kiedy to my sprawimy komuś przyjemność. Dlatego owszem, pamiętam moje pierwsze kupne gofry, które zafundowała mi mama, kiedy byłam chora i musiałam pojechać do lekarza do innego miasta. Ale najmilsze wakacyjne wspomnienia z gofrem w tle wiążą się nie tyle ze mną, co z moją małą siostrą Adą – na tyle młodszą, że mogę traktować ją jak własną córkę (co też mi się zdarza). To ona jest główną bohaterką tej historii.

    Był środek upalnego lata. Razem z mamą zabrałyśmy Adę wieczorem na plażę nad jeziorem, gdzie miał się odbyć koncert jednego z zespołów, których mała lubi słuchać. W pobliżu sceny rozstawiono liczne stoiska z watą cukrową, popcornem, hot-dogami i m. in. goframi. Wzięłyśmy więc Adę na gofry. Wybór dodatków był przeogromny, jednak ta pogardziła wybraną przez nas bitą śmietaną i zdecydowała się na nutellę. Była taka zadowolona, że dostała coś tak pysznego! Do tej pory jadała tylko średnio udane domowe gofry z dżemem. Ten był inny – gruby, puszysty, chrupiący. Nie wiedziała, jak się za niego zabrać:) Po chwili cała była w czekoladzie, ale za to przeszczęśliwa... Rok później, już razem z mężem, zabraliśmy ją w to samo miejsce na inny koncert.
    „Ada, pamiętasz, jak tu byłyśmy ostatnim razem?” – zapytałam. Pamiętała.
    „Podobał ci się wtedy koncert?”
    „Taak, bardzo. I jadłam gofra!”
    Byłam w szoku, że mała pamięta takie szczegóły. Ja już dawno o tym zapomniałam.
    „No rzeczywiście, jadłaś gofra. Z nutellą” – powiedziałam.
    „A kupisz mi dzisiaj też?”

    Natalia; alexgirl@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  71. Sopockie gofry- cukier puder czy malina, na Monciaku z chęcią się je wcina. Stary, młody, gruby, chudy, gofer wszystkim dobrze służy.
    Czy za złotówkę czy za pięć,każdy ma na niego chęć. Ten znad morza jest słodziutki, babciny i kruchutki. Każdy kęs pobudza nas, by w Sopocie spędzać czas. Gofry to dodatek do spaceru, tramwaju, pociągu czy roweru.To właśnie Monciak z dobrych gofrów słynie, codziennie latem fala turystów po tamtejszym deptaku płynie...


    Kamil; kgwiazdek@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  72. hmmm...konkurs jakże pomysłowy, wymagający kreatywności i takie tam. Dostaniecie pewnie ze 100 komentarzy, które będą zawierały rymowanki o gofrach (jessu), opowiadania o tym, że w pewniej budce z goframi obsługiwała boska dziewczyna i tym sposobem autor odnalazł nie tylko pysznego gofra, ale i miłość. Albo będzie mnóstwo rozkosznych historii o gofrach i dzieciach, o gofrach i zwierzętach, o gofrach i pogodzeniu się z mężem, żoną/dziewczyną/chłopakiem/przyjacielem/przyjaciółką, że już nie wspomnę o pisaniu swojej ciężkiej chorobie z gofrem w tle (helołłł)...uwielbiam gofry, są kaloryczne, zapychające żyły, świetnie komponują się z wakacjami, ale żeby wygrać gofrownicę (która nomen omen bardzo by mi się przydała...), ale nie będę wam zmyślam opowiadań z gofrem w tel...rozumiecie gofr to gofr...to nie ideologia...
    Agnieszka Blechowska
    AgaBleee@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  73. ...i gdy tylko zamykam oczy czuję ich zapach i już mi ślinka cieknie na myśl o dzieciństwie. Wafle jak mawiała babcia, czekały na mnie kiedy pewnego zimowego dnia wróciłam ze szkoły. Obok były babcine konfitury i dżem jabłkowy. I wszystkie były dla mnie. Wycałowałam babcię. Gofry były przepyszne. Niestety z czasem tamta gofrownica się zepsuła a babcia obiecała mi wtedy, że jeszcze kiedyś zrobi mi takie same. Wciąż z utęsknieniem czekam na ten dzień. Tylko, że teraz zjem je razem z moimi dziećmi i mam nadzieję, że będę mogła opowiedzieć im o swoich wspomnieniach.

    Monika Kiecak
    kiecaaa7@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  74. SERDUSZKOWA GOFROWNICA zapewniająca pełne miłosnego przekazu gofry...

    Smakowite
    Efektowne
    Rozbrajające
    Deszczową aurę przepędzające
    Ulubione
    Samoznikające
    Z kaloriami się nie liczące
    Korzystnie na humor wpływające
    Obłędnie pachnące
    Wybornie smakujące
    Antydepresyjnie działające

    Głód zaspokajające
    Obficie polewą ociekające
    Frywolnie owocami kuszące
    Rozgrzewające
    Oszczędzające uciekający czas i pieniądze
    Wyjątkowo każdemu smakujące
    Nieabsorbujace
    I uzależniające
    Czasem nawet chrupiące
    Ale zawsze dzieciństwo przypominające

    ... czyli takie jak lubię najbardziej :)

    OdpowiedzUsuń
  75. biegnac na pks czesto kupuje gofra w biegu chciałabym mieć taką wielka satysfakcje zrobienia chociaż raz gofra sobie w domu i smakowania się nim na spokojnie bez pośpiechu- taka moja arkadia

    OdpowiedzUsuń
  76. Gofry! Zapomniałam już o tym przysmaku z lat dziecięcych i byłam niesamowicie zdumiona, gdy zobaczyłam je na urlopie w ... Egipcie! Tydzień temu wróciłam i jakby zbiegiem okoliczności trafiłam na konkurs o nich właśnie. pamiętam, że gofry były przysmakiem wakacyjnym, kupowanym z budek ulicznych, najczęściej w turystycznych miejscowościach. Moja ulubiona wersja - z bitą śmietaną i czekoladą. Prosto i słodko :) Nigdy nie zastanawiałam się nad "genezą" gofrów, jednak jakoś j=kojarzyły mi się one z typowo polskim deserem. I nagle pierwszego dnia w restauracji w hotelu w Egipcie otwieram pojemnik, a tam gofry. Byliśmy w czwórkę i każdy z nas z chęcią położył sobie gofra na talerzu. Z ciekawostek powiem, że gofry serwowane były codziennie, ale tylko na śniadanie. (14 dni gofrów = 3 kg dom przodu w dwa tygodnie ;/ ) Niestety nie było do nich bitej śmietany, a obok nich stały sosy z białej i czarnej czekolady i przeróżne dżemy. Ale i tak były pyszne! Już tydzień jestem w domu i powiem szczerze, że tych gofrów to mi bardzo brak! :(

    a.filipowska@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  77. Jako mała dziewczynka uwielbiałam gofry- i były one kartą przetargową z moimi rodzicami jak byliśmy w Zakopanym:) Rodzice uwielbiali długie, piesze wędrówki w górach-ja niestety wtedy jeszcze nie:P Mama więc,żeby mnie udobruchać obiecywała,że jak będę grzeczna i przejdę wyznaczoną przez tatę trasę to pojdziemy na gofry, własnie na Krupówki. Ja do dziś pamiętam smak tych gofrów-tej bitej śmietany i sosu czekoladowego:)Chociaż teraz uwielbiam chodzic po górach i goframi nie trzeba mnie do nich nakłaniać:)
    POzdrawiam,
    Mika
    adres e-mail: dominiczka19i@o2.pl

    OdpowiedzUsuń
  78. W moim mieście w połowie lipca odbywa się wielka impreza plenerowa pod nazwą Lwóweckie Lato Agatowe. Wszystkie sklepy pracują zgodnie z harmonogramem imprezy- od późnego popołudnia do nocy. Ostatniego dnia imprezy, w niedzielę, nie mogłam nigdzie dostać nic o jedzenia. Bułek nie było chleba również, wszystkie półki dosłownie pozamiatane... Byłam bardzo głodna i zdesperowana! Nagle patrzę - pan z budki z goframi pojawił się w okienku! Dopiero przygotowywał się do pracy tym dniu, ale okazał litościwe serce. Naprędce upiekł mi gofra i posypał owocami. Świeżutki wypiek smakował najlepiej na świecie! Od tamtej pory gofry kojarzą mi się z królewskimi śniadaniami :)

    OdpowiedzUsuń
  79. Gofry-moja wielka miłośc.Chrupiące,złociste najlepiej z bitą śmietaną i owocami.Jednym słowem smakołyk Bogów.Ponadto gofry kojarzą mi się z Zakopanym i knajpką na Krupówkach gdzie są najlepsze gofry na świecie.Fakt,żeby zjeśc tam trzeba najpierw odstac swoje w kolejce a kolejki są jak za czasów komuny.Ale uwierzcie mi warto.A gofry są tam od wyboru do koloru.najlepsze na świecie zwłaszcza jak wracacie z gór i potrzebujecie czegoś co od razu postawi was na nogi.POlecam.Na gofry do Zakopca i to już.
    martynavip@interia.eu

    OdpowiedzUsuń
  80. Było to latem, kiedy jest ładnie i ciepło. Cieszyliśmy się pogodą, trochę gofrów w gofrownicy się upiekło. Smak ich do dziś świetnie znamy, z dżemem lub owocami... na długo to zapamiętamy. Zajadaliśmy się nimi na wycieczce w Solinie, bo na wycieczce nic nas nie ominie! Jedliśmy je w kawiarence małej, gdzie klienterii nie brak stałej. Każdemu do gustu gofry przypadły, bo to sposób na przekąskę łatwy. Kolejne zjemy już za rok, żeby wspominać lata urok.

    OdpowiedzUsuń
  81. Najlepsze gofry na świecie sprzedawane są w Toruniu. Mimo, że jestem z Bydgoszczy, to jeszcze nigdzie nie miałam okazji jeść lepszych gofrów niż w mieście sąsiadów. O tym jak są dobre świadczyć może chociażby fakt, że mimo odwiecznej nieprzyjaźni pomiędzy bydgoszczanami a torunianami- nikt nie zaprzeczy temu, że jak na gofry to tylko do Torunia! Zdarza mi się wsiąść w samochód i pojechać 40km tylko po to, aby zamówić pyszne gofry z bitą śmietaną i jagodami, a następnie przejść się starówką z nosem umorusanym w śmietanie..


    mozetymrazem(at)gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  82. Najlepsze Gofry jadłam w Szczawnicy.Maleńka budka,zapach roznoszący się do koła i wspaniały smak gofrów. Z powodów dietetycznych zjadłam z samymi truskawkami,bez śmietany.Ale nic nigdy w życiu nie smakowało równie wspaniale.Moja rodzina bardzo chętnie zjadła by takie gofry w domu,niestety talent kulinarny ze mnie marny,więc muszą obejść się smakiem.....
    Chociaż,gdybym miała gofrownicę,to kto wie,może udało by mi się wydobyć przepis od pani ze Szczawnicy i zrobić te cuda?

    OdpowiedzUsuń
  83. Najlepsze gofry jakie w życiu jadłam to gofry z Pobierowa. Byłam tam 3 lata temu na wakacjach. Wśród licznych budek z goframi i kawiarenek była ta jedna kawiarenko-cukiernia z pysznymi goframi. Zamówiłam gofra z bitą śmietana i nieznanym mi dotąd sosem kokosowym. Mmmmm jakie to były pyszności... w życiu nie jadłam tak idealnie skomponowanego gofra. Goframi tymi zajadałam się codziennie do dnia wyjazdu. Nigdzie później nie spotkałam się z sosem kokosowym do gofrów. Ale nie ustaję w poszukiwaniach :) A póki co pozostało mi tylko słodkie wspomnienie gofrów z bitą śmietaną i sosem kokosowym...


    papryczka20@vp.pl

    OdpowiedzUsuń
  84. Moje wakacje z goframi w tle? To zwyczajne, proste wspomnienie tego lata...
    Moja praca wymaga niestety długich rozstań z rodziną, więc każda wspólnie spędzona chwila jest dla nas rarytasem. Gdy miałem urlop zabrałem, więc moje dziewczyny nad polskie morze i właśnie tam cieszyliśmy się wspólnymi chwilami.
    Pamiętam, że mała zawołała "Tato! Chcę gofry!", gdy przechodząc obok budki poczuliśmy ich zapach. Moja księżniczka chce, więc Tata staje w półgodzinnej kolejce, w oparach smażących się gofrów, którymi później czuć od niego na kilometr, a potem o zgrozo! Płaci 18zł za trzy gofry z bitą śmietaną, polewą czekoladową i owocami! Za to późniejsze chwile są już bezcenne...
    Siadamy na pobliskiej ławce, mała już po chwili cały nosek ma w bitej śmietanie, więc wszyscy się z tego śmiejemy, aż żonie na bluzkę zsuwa się znaczna część tego co zdobiło dotąd jej gofra... Piękna biało-czerwono-czekoladowa plama rozbawia nas jeszcze bardziej :). Przechodnie zerkają zaciekawieni, a nas jedynie bolą brzuchy od śmiechu. Patrzę na moje dziewczyny i czuję się szczęśliwy i wdzięczny za tą zwyczajną chwilę, która będzie ogrzewać moje samotne serce, gdy znów będziemy musieli się rozstać na jakiś czas. Niby nic, a jednak, gdy mam zły dzień i zamykam oczy to wciąż słyszę nasz śmiech i czuję zapach tamtych gofrów :).

    Michał- majkel79@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  85. W tym roku byłam z mężem na tygodniowych wczasach nad morzem. Przy wyjściu z ośrodka był mały lokal gdzie można było kupić różne desery między innymi i gofry. Organizatorzy tak dobrze nas karmili, ze praktycznie nie było potrzeby by coś kupować do jedzenia. Jednak przez cały czas pobytu, przechodząc obok tego lokalu ścigał mnie zapach świeżo pieczonych gofrów. W ostatnim dniu nie wytrzymałam i musiałam sobie kupić gofra ze śmietana i jagodami. Był pyszny i zostanie najmilszym wspomnieniem pobytu nad morzem.

    cocolino@op.pl

    OdpowiedzUsuń
  86. Witam serdecznie

    W tym roku niestety nigdzie z rodziną nie byłam na wakacjach. Majowy remont domu pochłonął całe nasze oszczędności i w tej sytuacji o jakimkolwiek wyjeździe mogliśmy tylko pomarzyć. Z przykrością patrzyłam jak moje dzieci siedzą w czterech ścianach domu a jedyną ich rozrywkę stanowią weekendowe wypady do babci. Ale właśnie w czasie jednych z takich odwiedzin jedliśmy, jak to moja córka skwitowała " na maksa wypasione gofry". Oto moja mama chcąc zrobić przyjemność wnukom pożyczyła od sąsiadki gofrownicę. Jak mi później tata śmiejąc się opowiadał, mama przez godzinę studiował przepis na gofry, uważnie przyglądała się gofrownicy i uczyła się jej obsługi. W końcu postanowiła zmierzyć się z tym "dziwnym" urządzeniem i... i zrobiła najsmaczniejsze gofry jakie kiedykolwiek w życiu jadłam. Pyszne, chrupiące gofry z jagodami i śmietaną. Wspaniałe gofry zrobione nie z chęci zysku, lecz z miłości do wnuków zachwyciły całą nasza rodzinę i potwierdziły opinię, że moja mama jest najwspanialszą kucharką na świecie.

    Pozdrawiam:)
    bassia5@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  87. GOFRY MNIE URATOWŁY :)
    W tym sezonie podczas imprezy plenerowej "Dni Gryfina" musiałem przeprowadzić na scenie konkurs dla publiczności. Pech chiał, że zapomniałem zabrać ze sobą rekwizytów do konkursu. Wziąłem tylko nagrody. Szybko musiałem wymyślić konkurs taki by bł ciekawy oraz podobał się publiczności. Uratowały mnie wtedy GOFRY. Szybko pobiegłem kupić dwa gofry z bitą śmietaną i zaprosiłem 2 pary na scenę. Z toreb z nagrodami wyciągnełem koszulki (jedna z nagród) którymi zawiązałem panią oczy. Konkurs polegał na tym, że Panie z zasłoniętymi oczami musiały nakarmić gofrem swoich mężów, nie używając ręki która nie trzymają gofra. Wygrywała para, która zrobi to szybciej. Konkurs wyszedł rewelacyjnie. Panowie cali w bitej śmietanie wyglądali bardzo śmiesznie. Publiczność się świetnie bawiła a ja z całej sytuacji wyszedłem "cało". To były dwa najlepsze gofry jakie kupiłem w życiu, choć sam ich nie spróbowałem.
    Maciej S.
    fala2001@wp.pl

    OdpowiedzUsuń
  88. Te gofry jadłam nie ja, niestety.Jest romansowa historia mojej koleżanki. Kiedy miała dwanaście lat pojechała z rodzicami na wczasy do Międzyzdrojów. Zamieszkali w poniemieckim pensjonacie zaanektowanym przez FWP i w pełni korzystali z uroków lata i nadmorskiego kurortu. Chodzili między innymi na pyszne gofry do niepozornej budki, w której pani Danusia robiła gofry jak na PRL bogate i smakowite, z przy czym opisywana rodzina najbardziej lubiła z domowym dżemem.
    W pensjonacie mieszkał też pewien czternastolatek. Między młodymi ludźmi nawiązała się sympatia, pierwsza i nieśmiała. Szarmancki młody człowiek zapraszał swoją sympatię na lody i zawsze miał kieszonkowe, żeby płacić za oboje. Zaprosił ją raz i na gofry. Poszli do znajomej budki, młodzieniec odstał co swoje w długiej kolejce i z dumą przyniósł dwa gofry. Na cieście było mnóstwo bitej śmietany, owoców a nawet trochę polewy czekoladowej. Czyli wszystko, co pani Danusia miała dobrego. Chłopak podał zdobycz z wyraźną dumą.Koleżanka do dziś pamięta, jak bardzo ścisnął się jej żołądek. Pamiętacie scenę z kremem sułtańskim z "Dziewczyn do wzięcia?". No, to ona tak samo - serdecznie nie znosiła bitej śmietany. A połączenie bitej śmietany i owoców odpadało zupełnie.Ale była też osobą subtelną i za nic nie chciała urazić swojego pierwszego prawdziwego chłopaka. Więc jadła. I jadła. Małymi kęsami, ze łzami w oczach. Aż do końca. A wtedy chłopiec obiecał, że jutro też przyjdą na gofry. Wizja była przerażająca.Koleżanka była subtelna, ale w ogóle nie była asertywna. I już do końca wczasów unikała szarmanckiego młodzieńca.
    Romaczka
    amrr@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  89. W to lato jakiś czas spędzałam nad morzem z moją siostrą i bratem. Było na prawdę super. Kocham morze. Kiedy wracaliśmy z plaży zawsze kupowaliśmy sobie pyszne gofry z owocami, bitą śmietaną i polewą. W domu nigdy nie wychodzą mi takie jak tamte znad morza. :(
    Kaśka
    kasia20_04_95@tlen.pl

    OdpowiedzUsuń
  90. W tym roku byliśmy nad naszym polskim morzem-cudownie, pierwszy raz sami, bez dzieci. Po bardzo trudnej podróży(okropna burza nas spotkała po drodze)wykończeni poszliśmy do kawiarni przy ośrodku na kawę. Jak zobaczyłam gofry, które tam sprzedawali, to obiecałam sobie, że muszę je spróbować. Nie doceniłam jednak wyżywienia w ośrodku. Karmili tak, że na nic więcej nie starczało miejsca. W ostatni dzień zostaliśmy dłużej, aby uniknąć korków i aby wreszcie trochę zgłodnieć i zrobić miejsce na gofry. Ambrozja. Jeszcze tam wrócę, ale wykupię sam pobyt, bez wyżywienia.

    beatachechelska@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  91. ... Jeszcze nigdy nie jadłam go w swoim rodzinnym mieście. Jakoś tak kojarzą mi się z wyjazdami, wakacjami, spontanicznym łakomstwem i urlopowym luzem. Często w trakcie różnych eskapad zastępują obiad, jeszcze częściej kolację, jedzone na plaży, na ławkach, murkach, skwerkach...
    Takie wyjątkowe pamiętam aż trzy. Postaram się więc streścić ;)
    Pierwszy z Polanicy Zdroju... Tubylcy i przyjezdni doskonale zapewne znają niewielki punkt przy bramie wejściowej do Parku Zdrojowego. Często, gęsto kolejka po gofry wije się tam malowniczym wężykiem, a stania na dobrą godzinkę. Z mojego rodzinnego miasta mam tam 100 kilometrów. I zdarza się, oj zdarza, że weekendową porą jeździmy tam ze znajomymi li i wyłącznie na gofra. Dlaczego? Bo tylko tam są gofry sernikowe - z przepyszną serową "ciapą", pełną magicznych składników, którą gofr jest wysmarowany, bakalie i polew czekoladowa. Prawdziwy raj dla każdego łasucha.
    Kolejnym gofrem, który pamiętam do dziś, był ten z zakopiańskich Krupówek. Z bita śmietaną i świeżymi jagodami :) A dlaczego był taki wyjątkowy? Gdyż jadłam go po 10 miesiącach trzymania ścisłej diety. Smakował po prostu niebiańsko!!!
    Ale ten najbardziej wyjątkowy z wyjątkowych został wchłonięty, gdy byłam jedna, ale z wkładką ;)
    Spędzaliśmy krótki urlop w Rowach. Znajomi bawili się wspaniale. Tańce, śpiewy, winko na plaży... A ja w szóstym miesiącu ciąży. Męczona prze zgagę, duża i spragniona mocniejszych wrażeń ;)
    I wtedy odkryłam tą boczną uliczkę w tej malutkiej nadmorskiej mieścinie. A tam... Królestwo chrupkości, śmietanka niczym puch, niesłodka, ale przepyszna... A na wierzchu - soczyste, wilgotne, apetyczne niesłychanie, cząstki świeżego arbuza!!! No po prostu bajka :)
    Plasterek na moje ciążowe humorki. A i dzidzi smakował, jestem pewna :)
    Moja córcia ma dziś 4 latka. Gofry są dla Niej również wyjazdową atrakcją - wysmarowana czekoladą, a błękitne oczęta lśnią dziecięcą radością.
    W naszym kuchennym królestwie pieczemy pyszne ciacha. Myślę, że z naszą fantazją i odpowiednim zapleczem (czyt. sprzętem) ;) stałybyśmy się Mistrzyniami Gofrowania...

    Pozdrawiam, Magda. tina79@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  92. Ja ostatnio jadłem gofra na dożynkach prezydenckich w spale w towarzystwie mozna powiedziec prezydenta :)

    OdpowiedzUsuń
  93. Smak gofrów to smak z dzieciństwa. To ulubiony przysmak w czasach, kiedy ma starała się nam dać odrobinę przyjemności w postaci takich słodkości, bo o jakiekolwiek słodycze było naprawdę trudno. Minęło już trochę czasu, ale tego smaku e da się zapomnieć. Niejednokrotnie będąc w innych miejscowościach próbowałam i szukałam, ale zawsze kończył się to rozczarowaniem: to nie ten smak. Aż do tego roku :) Byliśmy z dziećmi w warszawskim zoo. Stwierdziliśmy, że nie można go pominąć skoro kilka wakacyjnych dni spędzaliśmy w stolicy. Kiedy maluchy nieco zgłodniały, trzeba było pomyśleć o jakiejś przekąsce i tak padło na gofry. Mnie i mężowi udało się dosłownie posmakować po jednym "gofrowym okienku", bo gofry tak szybko zniknęły w żołądkach naszej dwuletniej córeczki i pięcioletniego synka. Później trzeba było gofry dokupić :) Smak nieco inny niż ten z dzieciństwa, ale równie wyśmienity. Słodkie, wspaniale chrupiące i koniecznie bez żadnych dodatków, bo tak naprawdę mogłyby one jedynie zepsuć smak :)

    Semele01, Semele01@interia.pl

    OdpowiedzUsuń
  94. Najlepsze gofry są w Bieszczadach,Solina- tuż za zaporą.Jadłam je z mężem na pierwszym wypadzie w Bieszczady 13 lat temu.I ponownie odwiedziliśmy to miejsce w tym roku.Gofry były tak pyszne jak kiedyś.Zawsze delektujemy się tymi goframi z dodatkiem bitej śmietany i świeżych owoców.
    kami,martab1@amorki.pl

    OdpowiedzUsuń
  95. Tych wakacji, za sprawą mojego mężczyzny, nie zapomnę do końca życia. Wiążą się z nimi moje najpiękniejsze wspomnienia, również z goframi w tle. Cóż, ponieważ mój parnetner jest osobą znaczącą w tej opowieści, to zacznę od kilku słów charakterystyki mojego lubego. Nie jest typem romantyka, dlatego obce są ściskające za serce wyznania, prezenty w postaci pluszowych misiaków, zestawy płyt z miłosną muzyką, itp. Jest za to chodzącym dowcipnisiem, wiecznie ma przygotowane jakieś zabawne anegdotki lub kawały, pasujące idealnie do danego momentu. Z prezentami jest podobnie. Np. na Walentynki dostałam czerwony termofor, na rocznicę, która wypada latem – Muchołapkę, żebym mogła go czasem skarcić za złe zachowanie;), na Dzień Kobiet – piękną zieloną rzeżuchę w doniczce, a gdy mam zły humor – mój dowcipniś rysuje mi śmieszne rebusy lub krótkie krzyżówki.... na papierze toaletowym. Fakt, nuda mi przy nim nie grozi, a nawet pokusiłabym się o stwierdzenie, że jego styl bycia spowodował spadek mojej nadwagi ;)Nic dziwnego, przez 6 lat rozśmiesza mnie nieustannie, a moje mięśnie brzucha od ciągłych chichotów pracują na pełnych obrotach. Przechodząc jednak do sedna mojej opowieści, muszę napomknąć, że od kilku lat regularnie wybieramy się nad polskie morze, za każdym razem zwiedzając inne miejscowości. Tego lata, gdy przechadzaliśmy się we dwójkę po plaży w ROWACH, a ja zachwycałam się zachodem słońca... mój mężczyzna dosłownie padł przede mną na całej długości. Pomyślałam, że potknął się o jakiś patyk. Zanosiłam się od śmiechu, ale chciałam mu podać rękę by pomóc wstać, ale ten odwrócił się migiem, uklęknął przede mną a w wyciągniętych dłoniach trzymał małe czerwone pudełeczko... (w czasie gdy rzekomo padał na piasek, wyciągnął pudełko z kieszeni;-). Nie wiedziałam, czy śmiać się dalej czy płakać. Stałam więc nieruchomo z otwartą buzią i czekałam na jego ruch. Kochany rzekł:„Słyszałem, że zaskoczona kobieta jest zdolna do wielu rzeczy (powiedział to z uśmiechem od ucha do ucha). Otwórz pudełeczko:)” Tak też zrobiłam i moim oczom ukazał się.... błyszczący, okrągły, wielki..... kapsel od Tymbarka, na którym widniał napis: „Czy wyjdziesz za mnie?”. Szczerze, to mina mi zrzedła, zaskoczenie owszem było ogromne, ale myślałam, że w takich doniosłych chwilach mój mężczyzna zrezygnuje z głupich żartów! Zrobiło mi się nieco przykro, ale zdobyłam się na uśmiech bo przyzwyczaiłam się do jego wygłupów... Kochany zorientował się, że troszkę przesadził i szybciutko z drugiej kieszeni wyjął prawdziwy, piękny pierścionek zaręczynowy :D Zapytał: „To jak? Zgadzasz się zostać moją żoną czy mam ofiarować Ci jeszcze tonę kapsli by Cię przekupić?”. Na to ja: „Taaaaaaak, Ty głuptasie!” Znając jego upodobanie do dowcipów, gdy tylko ochłonęłam z szoku i niedowierzania, rzuciłam, że prawdziwy mężczyzna kupuje bukiet kwiatów i zaprasza kobietę na kolację, gdy pragnie się jej oświadczyć. Powiedziałam to z przekąsem, ale mój luby chciał by wszystko było idealnie więc chwycił mnie za rękę i dosłownie pociągnął do małego baru tuż przy wejściu na plażę. Mi kazał usiąść przy stoliku i czekać. Chwilę podyskutował z panią ekspedientką, przyszedł i odparł z dumą w głosie: „Proszę, żeby tradycji stało się zadość, jest kolacja i kwiaty!” W tej chwili Pani przyniosła nam wielkie gofry z bitą śmietaną, na moim było narysowane syropem truskawkowym małe serduszko i wokół niego kwiatki :D Nigdy nie zapomnę tego kapsla z tymbarka imitującego pierścionek zaręczynowy, smaku gofrów będących jednocześnie kolacją zaręczynową i bukietem kwiatów! :)

    nick: vendetta
    niuniuska@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  96. Tych wakacji, za sprawą mojego mężczyzny, nie zapomnę do końca życia. Wiążą się z nimi moje najpiękniejsze wspomnienia, również z goframi w tle. Cóż, ponieważ mój parnetner jest osobą znaczącą w tej opowieści, to zacznę od kilku słów charakterystyki mojego lubego - jest chodzącym dowcipnisiem, wiecznie ma przygotowane jakieś zabawne anegdotki lub kawały, pasujące idealnie do danego momentu. Z prezentami jest podobnie. Np. na Walentynki dostałam czerwony termofor, na rocznicę, która wypada latem – Muchołapkę, żebym mogła go czasem skarcić za złe zachowanie;), na Dzień Kobiet – piękną zieloną rzeżuchę w doniczce, a gdy mam zły humor – mój dowcipniś rysuje mi śmieszne rebusy lub krótkie krzyżówki.... na papierze toaletowym. Fakt, nuda mi przy nim nie grozi. Przechodząc jednak do sedna mojej opowieści, muszę napomknąć, że od kilku lat regularnie wybieramy się nad polskie morze, za każdym razem zwiedzając inne miejscowości. Tego lata, gdy przechadzaliśmy się we dwójkę po plaży w ROWACH, a ja zachwycałam się zachodem słońca... mój mężczyzna dosłownie padł przede mną na całej długości. Pomyślałam, że potknął się o jakiś patyk. Zanosiłam się od śmiechu, ale chciałam mu podać rękę by pomóc wstać, ale ten odwrócił się migiem, uklęknął przede mną a w wyciągniętych dłoniach trzymał małe czerwone pudełeczko... (w czasie gdy rzekomo padał na piasek, wyciągnął pudełko z kieszeni;-). Nie wiedziałam, czy śmiać się dalej czy płakać. Stałam więc nieruchomo z otwartą buzią i czekałam na jego ruch. Kochany rzekł:„Słyszałem, że zaskoczona kobieta jest zdolna do wielu rzeczy (powiedział to z uśmiechem od ucha do ucha). Otwórz pudełeczko:)” Tak też zrobiłam i moim oczom ukazał się.... błyszczący, okrągły, wielki..... kapsel od Tymbarka, na którym widniał napis: „Czy wyjdziesz za mnie?”. Szczerze, to mina mi zrzedła, zaskoczenie owszem było ogromne, ale myślałam, że w takich doniosłych chwilach mój mężczyzna zrezygnuje z głupich żartów! Zrobiło mi się nieco przykro, ale zdobyłam się na uśmiech bo przyzwyczaiłam się do jego wygłupów... Kochany zorientował się, że troszkę przesadził i szybciutko z drugiej kieszeni wyjął prawdziwy, piękny pierścionek zaręczynowy :D Zapytał: „To jak? Zgadzasz się zostać moją żoną czy mam ofiarować Ci jeszcze tonę kapsli by Cię przekupić?”. Na to ja: „Taaaaaaak, Ty głuptasie!” Znając jego upodobanie do dowcipów, gdy tylko ochłonęłam z szoku rzuciłam, że prawdziwy mężczyzna kupuje bukiet kwiatów i zaprasza kobietę na kolację, gdy pragnie się jej oświadczyć. Za chwilę siedzieliśmy już w małym barze przy plaży.Pani przyniosła nam wielkie gofry z bitą śmietaną, na moim było narysowane syropem truskawkowym małe serduszko i wokół niego kwiatki :D Nigdy nie zapomnę tego kapsla z tymbarka imitującego pierścionek zaręczynowy, smaku gofrów będących jednocześnie kolacją zaręczynową i bukietem kwiatów! :)
    vendetta
    niuniuska@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  97. Najlepsze gofry jadłam nad morzem w Jastrzębiej Górze , ale miejsce nie jest dla mnie najważniejszym wspomnieniem liczy się najbardziej czas kiedy to było ...
    Upał i ja z mamą gdy zaledwie dosięgałam wysokością do jej talli ....
    Gdy wycierała mi usta materiałową chusteczką , po zjedzeniu pierwszego w moim życiu gofra z zwykłą marmoladą która smakałowała tak jak ta robiona
    przez moją babcie...
    Gdy sprowadzała mnie po małym stoku do plaży , i moja ogromna radość gdy pierwszy raz zobaczyłam morze...
    Moje małe stopy opruszone piaskiem i zmoczone wodą...
    Drugi gofr i kupienie mojej najbardziej ukochanej lalki....
    Bestroskie dzieciństwo , za którym tęsknie
    jak większość z nas ..obarczona ciężkimi sytuacjami i problemami które nas przerastają....i dlatego wspominam te gofry nie tylko dlatego że były najlepsze ale wtedy najpoważniejszym problemem jako sześciolatki było wybranie do nich dodatku ...
    Dżem czy bita śmietana ???

    OdpowiedzUsuń
  98. Anonimowy pisze...
    Agnieszka Fiszer

    veyna1984@interia.pl
    Najlepsze gofry jadłam nad morzem w Jastrzębiej Górze , ale miejsce nie jest dla mnie najważniejszym wspomnieniem liczy się najbardziej czas kiedy to było ...
    Upał i ja z mamą gdy zaledwie dosięgałam wysokością do jej talli ....
    Gdy wycierała mi usta materiałową chusteczką , po zjedzeniu pierwszego w moim życiu gofra z zwykłą marmoladą która smakałowała tak jak ta robiona
    przez moją babcie...
    Gdy sprowadzała mnie po małym stoku do plaży , i moja ogromna radość gdy pierwszy raz zobaczyłam morze...
    Moje małe stopy opruszone piaskiem i zmoczone wodą...
    Drugi gofr i kupienie mojej najbardziej ukochanej lalki....
    Bestroskie dzieciństwo , za którym tęsknie
    jak większość z nas ..obarczona ciężkimi sytuacjami i problemami które nas przerastają....i dlatego wspominam te gofry nie tylko dlatego że były najlepsze ale wtedy najpoważniejszym problemem jako sześciolatki było wybranie do nich dodatku ...
    Dżem czy bita śmietana ???

    OdpowiedzUsuń
  99. W te wakacje chłopak zabrał mnie nad jezioro ( jedyne 100 km od domu :) ), gdzie kiedy był mały spędzał z rodzicami prawie każde lato. Było wcześnie rano i bardzo gorąco. Jechaliśmy w woj. swiętokrzyskie i już po drodze zaczęło mi sie podobać - wszędzie lasy - byłam w swoim zywiole! Był początek lata i po drodze zatrzymaliśmy się na skraju lasu w poszukiwaniu borówek. Daleko nie musieliśmy iść, lecz zamiast borówek było mnóstwo poziomek. Wróciliśmy do samochodu po jakiś pojemniczek do którego moglibyśmy je pozbierać i zabrac trochę na drogę. Jedynym pojemniczkiem w samochodzie była apteczka. Zawartość przesypaliśmy do reklamówki a apteczkę po same brzegi wypełniliśmy poziomkami. Kiedy dojechaliśmy na miejsce najpierw kąpiel w jeziorze, potem obiad a poziomki zostawiliśmy na podwieczorek. Dopiero późnym popołudniem podczas spaceru dostrzegliśmy budkę z goframi. Oboje uwielbiamy gofry ale z prawdziwą bitą śmietaną. kiedy podeszliśmy bliżej okazało się, że to są właśnie takie prawdziwe gofry, które już dosłownie "pożeraliśmy wzrokiem". Zamówiliśmy dwa z bitą śmietaną. Usiedliśmy na ławce i wyciągnęliśmy z plecaka nasze pachnące poziomki. Az nam sie uszy trzęsły kiedy jedliśmy te gofry posypane grubo naszymi poziomkami. Było pyszne! Dlatego nie poprzestaliśmy na jednym i po chwili kupiliśmy następne gofry. Do domu wracalismy zadowoleni. Taka sama historia powtórzyła sie tego lata jeszcze sześć razy. Za każdym razem, kiedy jechaliśmy nad jezioro zatrzymywaliśmy sie w lesie na poziomki a potem już borówki. Smak gofrów już zawsze będzie mi się kojarzył z latem nad jeziorem...
    Marzena
    kicekmicek@poczta.fm

    OdpowiedzUsuń
  100. Najlepsze gofry świata ?
    Był rok 1988 a ja byłam na obozie harcerskim w Poddąbiu. Miałam 14 lat , głowę pełną marzeń i ideałów i zapas gotówki , który pierwszej nocy zniknął w niewyjaśnionych okolicznościach....
    Została mi tylko kasa , która ocalała w kieszeni spodni :( Czasy to były dziwne - nie było komórek , bankomatów na każdym rogu - więc zanim nie dotarł przekaz pocztowy od zawiadomionej mamy musiałam mocno zaciskać pasa.
    Na szczęście pokus też nie było tyle co dziś - miejscowość była malutka - zapamietałam tylko sklep spozywczy i budkę z goframi...Ach - jakie to były gofry ! Słodkie , rumiane , chrupiące - pieczone zawsze na świeżo , podawane z prawdziwą bitą śmietaną i świeżo zebranymi jagodami. Przepuściłam na nie każdą ocalałą i każdą dosłaną mi przez mamę złotówkę... Obóz trwał 3 tygodnie - z tych 3 tygodni zapamiętałam 17 dni deszczu , ciągłe suszenie butów i właśnie te gofry....Nigdy przedtem i nigdy potem nie jadłam gofrów tak delikatnych , tak pysznych , tak idealnych...
    Ania
    ania.siw@gazeta.pl

    OdpowiedzUsuń
  101. Poznałam kiedyś przystojnego mężczyznę. Zakochałam się w nim do szaleństwa, wydawało mi się, że z wzajemnością, ale czasem odzywały się we mnie wątpliwości. On bardzo starał się je zagłuszyć, próbując się mnie zrozumieć i akceptując każdą moją słabość… I w końcu któregoś dnia umówiliśmy się u niego. Pierwszy raz. Szłam na drżących nogach, ze ściśniętym żołądkiem. Już na klatce schodowej poczułam zapach, jednocześnie słodki i drażniący. Weszłam na jego piętro, zapachy zintensyfikowały się, a mnie zatrzepotało serce…Co ja mówię, nie, to nie było moje serce: przed oczami zamigało mi dziesiątki serc! Cały korytarz udekorowany był… gofrowymi sercami, w które wetknięte były świeczki. Były jak strzałki prowadzące pod jego drzwi. Nacisnęłam klamkę. Weszłam. Serca leżały wszędzie…W pokoju, w kuchni, w łazience… Część z nich oświetlona była świeczkami, a część zawierała farsz. – Nie wiedziałem, które lubisz. Są tu: z pudrem, dżemem, z czekoladą, z bitą śmietaną, z owocami, bakaliami, konfiturami mojej mamy… Mówiłaś, że masz ochotę na gofry. Roześmiałam się. Już nie miałam ściśniętego żołądka. Spałaszowaliśmy razem mnóstwo pysznych (!) sercowych gofrów. A potem… No wiecie… Och, takich romantycznych gofrów się nie zapomina! I ma się ochotę na jeszcze!Ola (aleksandria2010@interia.pl)

    OdpowiedzUsuń
  102. Gofry i wakacje!

    Składniki:
    wycieczka nad polskie morze
    GOFRY Z BITĄ ŚMIETANĄ I CZEKOLADOWĄ POLEWĄ
    dużo humoru
    trochę wigoru
    towarzystwo odlotowe
    i hasło ortograficzne:
    GOFRY i Morze na wszystko pomoże!

    mika19
    mika19@poczta.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
  103. Ja jadłam cudowne gofry na ostro . pierwszy raz w życiu . Gdzie w Bieszczadach :) . Otóż sekret tkwi w cieście zamiast cukru daje się wegetę a na wierzch co sobie życzymy -pieczarki ,ketchup,sos czosnkowy . To były niesamowite gofry i super przeżycie .Jakbym miała gofrownicę to bym se takie w domku zrobiła :) iwa643

    OdpowiedzUsuń
  104. Opalałam się pewnego lata w ogródku. Słońce nie było już tak wysoko, za to wysoki był płot, przy którym leżałam. Skończyło się tak że wyglądałam jak gofr. No cóż, to był najgorszy z gofrów w moim życiu.

    xenia211@os.pl

    OdpowiedzUsuń
  105. A ja jadłem przepyszne gofry w san marino ( robione wcześniej w domu z własnego przepisu) siedziałem i zajadałem sie goframi podziwiając włoskie klimaty ;) oczywiście z masłem orzechowym :D

    Łukasz
    skejcik8913@gmail.com

    OdpowiedzUsuń
  106. Czekamy, czekamy niecierpliwie :-)

    OdpowiedzUsuń
  107. Rozwiązanie konkursu tutaj: http://www.dwiechochelki.pl/2010/10/gofrownice-dla-wybranych.html

    Dziękujemy i pozdrawiamy :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts with Thumbnails
/*Google anatytics */